Wywiad z Marcinem Grzegorczykiem (Lebowski)


lebowski_bandRockella: Zacznijmy od ostatnich wydarzeń – zagraliście w połowie stycznia 2 koncerty – w Berlinie i Goleniowie – w ramach International Rock Conspiracy. Jak się udał występ na tym festiwalu i jak do niego doszło?

Marcin Grzegorczyk: Na festiwal zostaliśmy zaproszeni przez niemiecki zespół Crystal Palace. IRC okazał się sukcesem organizacyjnym i artystycznym oraz świetną przygodą. Było to dla nas pewne wyzwanie, gdyż wcześniej nie grywaliśmy poza Polską, w związku z czym pojawiła się dodatkowa trema. Na szczęście zadziałała mobilizująco i myślę, że ten egzamin zaliczyliśmy bez poprawki.

R: Czy jest jakaś zauważalna różnica w odbiorze waszej muzyki w Polsce i za granicą?

M.G.: Trudno wyrokować po jednym koncercie. Faktem jest, że na koncerty u naszych zachodnich sąsiadów, przychodzi trochę inna publiczność niż w Polsce. Więcej tu ludzi w wieku średnim, około czterdziestki. To powoduje, że są bardziej osłuchani i bardziej wymagający. Z drugiej strony doceniają dobrą muzykę. U nas większą część widowni stanowi młodzież. Szybko się starzejemy i wybieramy mniej kłopotliwe formy rozrywki, na ogół z pilotem w ręku. Szkoda.

R: Jak się grało w towarzystwie Crystal Palace i Progressive Xperience? Możesz nam coś powiedzieć o ich występach?

M.G.: Obie formacje okazały się nie tylko świetnymi profesjonalistami z dużym dorobkiem płytowym i koncertowym, ale również niezwykle sympatycznymi i życzliwymi ludźmi. Atmosfera „okołokoncertowa” była bardzo przyjazna. Crystal Palace to zespół z mainstreamu progrocka, bardzo solidni instrumentaliści. Serwują swe melodyjne i rozbudowane kompozycje, przywiązując dużą wagę do brzmienia. Progressive Xperience wywodzi się z nurtów prog metalowych. Stawia ścianę dźwięku, w czym duża zasługa gitarzystów, sięgających często po siedmiostrunówki. Mają zacięcie wirtuozerskie i widać, że lubią to co robią. Oba zespoły publiczność przyjęła bardzo ciepło.

R: Wasza debiutancka płyta ukazała się w październiku ubiegłego roku. Dobre recenzje „Cinematic” pojawiły się w bardzo wielu zakątkach świata. Co się zmieniło od tego czasu w Waszym życiu?

M.G.: W swej naiwności liczyłem po cichu, że po wyczerpującej i długotrwałej pracy studyjnej, uda się trochę odpocząć. Okazuje się, że medialny sukces „Cinematika” wymaga jednak ogromu działań promocyjnych, które wykonujemy wspólnie z naszym managerem, a zabierają one ogrom czasu. Więc w tej kwestii bez zmian. Dobre recenzje i ciepły odbiór płyty wśród słuchaczy dodają sił do dalszej walki, ale osobną sprawą jest przekucie tego wirtualnego sukcesu, w rzeczywiście mocną pozycję Lebowskiego na rynku. Czy to się uda? Czas pokaże.

R: „Cinematic” to, jak napisaliście, „muzyka do nieistniejącego filmu”. O czym byłby ten film, gdyby jednak powstał? Czy, idąc konsekwentnie za konceptem płyty, byłby to film bez udziału aktorów? Znane są takie filmy, w których nie pada ani jedno słowo, a sama muzyka i obrazy tworzą niesamowity efekt, jak chociażby „Koyaanisqatsi”.

M.G.: Sensem „Cinematika” jako muzyki do nieistniejącego filmu, jest by generował on własne obrazy w wyobraźni każdego słuchacza. Zdarza nam się widzieć ludzi, słuchających naszych koncertów z zamkniętymi oczami. Na początku było to trochę dziwne, ale zaczynamy się do tego przyzwyczajać.
Nie chciałbym narzucać swoich prywatnych wizji, gdyż jako współsprawca albumu nie jestem obiektywny. Wizualizacje, którymi oprawiamy nasze koncerty, mogą trochę naprowadzić, ale to tylko delikatna sugestia.

R: Formuła zespołu bez wokalisty otwiera na przyszłość możliwość współpracy z wybranymi wokalistami, którzy gościnnie zaśpiewają na waszej płycie. Ta formuła fantastycznie sprawdziła się na przykład na ostatniej płycie Slasha. Myśleliście o takim rozwiązaniu?

M.G.: Formuła: jeden utwór – jeden wokalista, świetnie sprawdza się przy piosenkach. Siłą dotychczasowych naszych dokonań jest spójność i jednorodność wizji, dlatego raczej nie grozi nam projekt w stylu Santany czy Slasha. Będziemy myśleli o zaproszeniu gości na nowy album, w miarę możliwości technicznych i finansowych. Chociaż.. gdyby tak Mike Patton czy David Sylvian, to kto wie?

R: Wybraliście sobie ciężki kawałek rockowego chleba: nie dość, że art rock leży daleko od mainstreamu, nie dość, że funkcjonujecie bez wokalisty i nagrywacie koncept album, to jeszcze postawiliście na niezależność. Czy bycie niezależnym nie przeszkadza Wam w procesie twórczym? Pytam o to wszystko, co zwykle nie jest ulubionym zajęciem artystów, a stanowi nieodłączny element funkcjonowania na muzycznym rynku? Jak odnajdujecie się w tych pozamuzycznych rolach?

M.G.: Bycie niezależnym sprzyja tworzeniu. Umożliwia pracę bez nacisków i presji marketingowo medialnych. Ta sytuacja daje nam absolutną wolność i powoduje, że jedynym kryterium, jakim się kierujemy pisząc nowe utwory, jest nasz gust i intuicja. To bezcenne. Drugą, ciemniejszą stroną medalu jest to, że Lebowski nie jest dla nas źródłem utrzymania i być może nigdy nie będzie…

R: Zapytałem o to, ponieważ „Cinematic” jest wśród ubiegłorocznych płyt bardzo wyróżniającym się wydawnictwem i nie chciałbym usłyszeć za jakiś czas, że zespół nie istnieje, bo jeden z muzyków „musiał pójść do pracy”, żeby utrzymać rodzinę. Takie sytuacje są znane z historii. Czujesz, że macie w sobie tyle siły i zapału, żeby temu wszystkiemu podołać?

M.G.: Ta sytuacja o tyle nas nie dotyczy, że jak wcześniej wspomniałem Lebowski nie utrzymuje naszych rodzin a trzech z nas łączy muzykę z pracą zawodową. Wydaje mi się, że siły jest w nas sporo i skoro udało nam się wytrzymać tyle lat razem, pokonując wspólnie wszelkie przeciwności, to przyszłość może być tylko lepsza.

R: Wszystko u was stanowi całość. Muzyka, projekt okładki, a nawet strona internetowa i strony w portalach społecznościowych dopełniają całości. Wszystko macie tak przemyślane i dopracowane?

M.G.: Jak mawiał trębacz Kwinto, jesteśmy szczególarzami i przywiązujemy ogromną wagę do detali. Te z pozoru drobiazgi, stanowią o sile końcowego przekazu, dlatego też tak pieczołowicie cyzelowaliśmy realizację „Cinematika”, stąd również spójność oprawy graficznej. Poza tym lubimy mieć pełną kontrolę nad dziełem, pod którym się podpisujemy, dlatego poza projektem okładki autorstwa Wiktora Franko, całą resztę wykonaliśmy samodzielnie. Bo przecież „diabeł tkwi w szczegółach”, prawda?

R: Nad debiutem, o ile się nie mylę, pracowaliście 5 lat. Dlatego nie wygląda jak debiut, ale dojrzała płyta, dojrzałego zespołu. Czy to oznacza, że następna płyta będzie w 2015?  Macie już czas na pracę nad nią, czy może na ten rok macie większe plany koncertowe?

M.G.: Zauważyliśmy, że niektóre utwory wymagają czasu, by zechciały opowiedzieć nam swój dalszy ciąg. Musimy się w nie wsłuchiwać i pozwolić im spokojnie dojrzeć. Tak było np. z tytułowym ”Cinematikiem”, który swą ostateczną formę ujawnił nam dopiero po dwóch latach. Są też utwory powstające spontanicznie, wręcz w czasie rzeczywistym, na jednej próbie. Powoli kiełkuje w nas wizja myśli przewodniej nowego albumu. Zapowiada się interesująco i bardzo nas ekscytuje. Powstało już też kilka utworów, które najprawdopodobniej się na nim znajdą. Ogrywamy ja na koncertach, łącząc je z materiałem z „Cinematika”. Do studia wejdziemy jednak nie wcześniej niż w przyszłym roku. Rok 2011 chcielibyśmy poświęcić koncertom, nad których organizacją właśnie pracujemy.

R: To są plany, a na koniec zapytam, czego zespół Lebowski życzy sam sobie na ten nadchodzący rok?

M.G.: Życzymy sobie, by Pegaz, który do tej pory szczodrze nas nawiedzał, nigdy nas nie opuszczał, by wspólne muzykowanie nadal sprawiało nam tak ogromna frajdę i by Lebowski mógł zaistnieć w szerokiej świadomości wymagających słuchaczy.

R: Dzięki za rozmowę.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s