Relacja Steve Lukather – Warszawa, Proxima


Dochodzi 20:00, w głośniku „Summer Song” Satrianiego… po kilku chwilach pojawia się na scenie bębniarz, basistka i klawiszowiec… pierwsze dźwięki „Darkness in my World” rozpoczynają muzyczne misterium Lukathera.

Na scenę wszedł w T-shircie i flanelowej koszuli z krzyżem na piersi.. ot normalny amerykański chłopak. Właśnie to mnie uderzyło – kompletny brak blazy i pozerstwa, które zalewają cały świat. Przypomnę tylko, że Lukather nagrał około 800 albumów, na których wystąpił jako gitarzysta, kompozytor lub producent. Wystąpił na większości albumów wielkich amerykańskich wykonawców jak choćby Michael Jackson, Richard Marx, Randy Crawford, napisał wiele przebojów m. in. dla ikony gitarowego jazzu – G. Bensona. Długa byłaby lista tego typu wykonawców.

Koncert ten był przeznaczony dla muzyków i ludzi o dużej wrażliwości artystycznej – nie był to absolutnie show w stylu jaki się teraz preferuje na różnego typu koncercidłach. Artyzm i skupienie, ale zarazem luz Lukathera sprawiały niesamowite wrażenie.

Bardzo dobry kontakt z publicznością i klika żartów na odpowiednim poziomie – to w zupełności wystarczyło, by stworzyć wręcz kumplowską atmosferę. A tak właśnie było.

Lukather pokazał prawdę, czyli to, jak powinien zachowywać się prawdziwy artysta bez tych wszystkich makijaży, blichtru, głupawych tekstów ze sceny i całej cekiniarskiej oprawy okołomuzycznej, którą niektórzy zasłaniają swoje braki umiejętności. Czteroosobowy skład w zupełności wystarczył na zaprezentowanie najwyższego światowego poziomu.

Zagrał praktycznie po kilka utworów z każdego albumu. Nie zabrakło hołdu dla niedawno zmarłego Gary Moore’a, którego nazwał swoim przyjacielem. Nastrojowy utwór utrzymany w lekko jazzującym klimacie z pewnością ucieszyłby genialnego Irlandczyka… Jeśli chodzi o warsztat gitarowy Steve’a to absolutny szczyt, do którego dorastają tylko wielcy – Satriani czy Vai.

Na mnie osobiście dwa momenty tego koncertu zrobiły wrażenie. Po pierwsze kolejny hołd, oddany Harrisonowi w utworze ,,Still my guitar Gently Weeps”, w którym w pięknych frazach zawarł swoją fascynację tym artystą. Po drugie w opracowaniu ,,Little Wing” Hendriksa, gdzie pokazał jak można grać „ciszą” – kapitalne solo wychodzące z głównego tematu utworu! Mistrzostwo!

Chwilę później artysta przeniósł nas w świat arabskich melodii i rytmów w improwizowanym według mnie utworze opartym na dialogu gitary i klawiszy. Wokalnie Lukathera wspierał cały zespół, ale główne partie śpiewał sam, co dodaje jeszcze większego prestiżu – niewielu gitarzystów radzi sobie ze śpiewaniem.
Chwilą oddechu dla artysty był jam – bas, bębny, klawisze, zagrany ze świetnym groovem i na luzie.
Na koniec dwa bisy – przy czym jeden tylko z gitarą akustyczną – pokazały, że Luke potrafi dać czadu nie tylko w składzie.

Mógłbym tu opisać poszczególne utwory, ale nie o to chodzi… dla mnie jako odbiorcy tego koncertu najważniejsze było tylko jedno – Lukather jako jeden z niewielu artystów podtrzymuje we mnie nadal sens grania i tworzenia.

Czoper

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s