Wywiad z Tomkiem „Kudlem” Kudelskim (Love De Vice)


tomasz_kudelskiDziś dzień drugi trwającego właśnie „Tygodnia z Love De Vice”. Zapraszamy do zapoznania się z wywiadem z perkusistą zespołu – Tomkiem „Kudlem” Kudelskim. Dowiecie się z niego, który z perkusistów był dla Tomka największą inspiracją, kto sugerował, by Love De Vice reprezentowało Polskę na Eurowizji (sic!), oraz który utwór zespół poświęcił pamięci siatkarki Agaty Mróz. Życzymy przyjemnej lektury.

Editor: Chciałbym zacząć rozmowę z tobą od muzycznych inspiracji. Wiem, że należą do nich Deep Purple i Pink Floyd, ale – jeśli chodzi o styl gry – moje największe skojarzenia są z Led Zeppelin i grą Bonzo. To właśnie Bonham słynął z potężnych uderzeń, które napędzały cały numer. W twojej grze jest moim zdaniem podobnie?

Tomasz „Kudel” Kudeski: Dzięki za komplement choć zachowajmy proporcje. Tak, jestem fanatykiem Deep Purple. Pink Floyd cenię, ale to szeroko rozumiana rodzina Deep Purple jest podstawą mojego kanonu muzycznego. Nigdy nie byłem fanem Led Zeppelin, co nie znaczy, że ich nie znam, no bo tego po prostu trudno nie znać. A co do Bonhama to grał nie tylko ciężko, potężnie, ale miał też to coś, co charakteryzowało większość perkusistów z przełomu lat 60 i 70, którzy wychowali się na perkusistach jazzowych, tj. poczucie swingu, które ostatnio jest w odwrocie. Swingujący styl gry chyba jeszcze bardziej wyróżniał Iana Paice’a, który jest moim ulubionym pałkerem.

Głównym źródłem inspiracji przy nagrywaniu Numaterial był jednak Cozy Powell, a jego styl był zbliżony do Bonhama, tak więc byłeś blisko. Na Numaterial jest nawet taki mój mały prywatny hołd poświęcony Cozy Powellowi. Cała ostra końcówka Megiddo jest oparta ma połączeniu 4 przejść, bardzo dla niego charakterystycznych, które często wykorzystywał.

Fascynacja Cozy Powellem sięga jeszcze lat osiemdziesiątych, gdy chyba w ‘89 roku po Teleekspresie poleciał krótki program o Black Sabbath, które wydało wtedy płytę Headless Cross. W teledysku do utworu tytułowego odziany w skóry Cozy Powell za swoją wielką Yamahą zrobił na dzieciaku piorunujące wrażenie. Headless Cross to po Perfect Strangers było drugą prawdziwą rockową płytą jaką słyszałem w życiu. Cozy w porównaniu do innych legend perkusji grał prosto i bez fajerwerków, ale bardzo charakterystycznie i w klimacie. Na jakiej płycie by nie wystąpił, miał świetne potężne brzmienie bębnów. Gdy niespodziewanie odszedł, chyba przez tydzień nie mogłem się otrząsnąć.

W przypadku Numaterial, który uważam za bardziej mroczny album niż Dreamland, chciałem osiągnąć potężniejsze brzmienie perkusji, zachowując jednak też element swingu, który charakterystyczny był dla stylu gry Iana Paice czy Bonzo. Stąd twoje skojarzenie jest celne.

E: Druga sprawa, jeśli chodzi o muzyczne inspiracje, to zespół The Cure, który został wymieniony na waszej stronie internetowej. Możesz mi powiedzieć, w którym utworze szukać tych inspiracji, bo przyznam, że chyba coś przegapiłem?

T.K.: Nasz basista jest wielkim fanem gotyku oraz The Cure. Jeszcze jako Playfinger graliśmy na koncertach utwór the Cure „Lullaby”, który całkiem zgrabnie nam wychodził. Nie potrafię ci jednak wskazać, w którym naszym autorskim utworze widoczne są inspiracje muzyką The Cure – zakładam, że jeżeli to w partiach gitary basowej. Choć pewnie Robert na to pytanie powinien lepiej odpowiedzieć, bo moja znajomość The Cure ogranicza się do kilku przebojów.

E: Deep Purple, Pink Floyd, The Cure, tak wygląda historia. A kogo ze współczesnych wykonawców słuchasz, czyja muzyka robi na tobie wrażenie?

T.K.: Ja nie słucham specjalnie współczesnej muzyki. Problem jest taki, że od kiedy pełnię rolę trochę samozwańczego producenta naszych płyt, głównie muszę słuchać naszych własnych dokonań. Ja obracam się w kręgu muzycznej estetyki, która nawet w przypadku zespołów zupełnie współczesnych nawiązuje bezpośrednio do wczesnych lat 70-tych.

Przyznam ci się, że od dawna nie słyszałem nic nowego, co zrobiłoby na mnie jakieś duże wrażenie. Większość nowych płyt wykonawców, których zawsze ceniłem już nie wchodząc tylko na poletko Deep Purple niech to będzie Ozzy, Black Sabbath jako Heaven & Hell, Iron Maiden czy Metalica wydają płyty, które są w moim odczuciu najwyżej przeciętne i mocno odtwórcze i w żaden sposób nie dorównują ich dokonaniom sprzed 20 lat.

Teraz furorę zrobiła płyta Black Country Communion (Hughes, Bonnamasa, Bonham, Sheridan). Jako rzekomo fantastyczny powrót do klimatu klasycznego rocka z lat 70. Klimat może jest, ale kompozycyjnie, poza kilkoma utworami, to jest to mocno przeciętne. Choć przyznam, że z „młodego” Bonhama – jaki on młody – ojciec powinien być dumny.

Istnieje dosyć duży deficyt dobrej muzyki. I mam odczucie, że w tzw. internetowym podziemiu i muzycznych niszach dzieje się znacznie więcej i wychodzą fajniejsze płyty niż to, co wydają tak zwane gwiazdy. Czasami zaglądam w te rejony, ale nigdy nie mam czasu, aby zostać tam na dłużej.

Jeśli miałbym coś wskazać, to ostatnio spodobała mi się grupa Blackfield – projekt uboczny lidera Porcupine Tree, takie fajne krótkie melodyjne piosenki. A ostatnimi utworami, które uznałbym za arcydzieła, to było nie było, już całkiem nie młode Again – Archive oraz Over Again z solowego bluesowego projektu Jona Lorda i Boba Daisley zaśpiewany samego Iana Gillana.

E: Członkowie Love De Vice to nie są nastolatkowe marzący o podboju świata swoją muzyką. Jakie cele stawiacie sobie nagrywając kolejne płyty?

T.K.: Zasadniczo nie stawiamy sobie celów innych niż realizacja własnych muzycznych twórczych aspiracji. Chodzi o to, żeby zachować muzykę, którą tworzymy, a która nam się podoba. Bardzo nas cieszy to, że jest grupa osób, coraz większa zresztą, która docenia naszą twórczość. To nam na pewno pomaga i daje dodatkową motywację. Bardzo przyjemnie jest otworzyć rano Internet i przeczytać pozytywną recenzję czy nawet opinię fana na Facebooku. Jednak tworzymy bardziej dla siebie niż dla, czy pod fanów. Gdy zaczynaliśmy prace nad tym czymś, czym ostatecznie okazał się Dreamland to znały nas tylko nasze rodziny i znajomi. Po prostu kilku chłopaków, starszych panów z 30-tką na karku, postanowiło zarejestrować parę swoich pomysłów. Obecnie zakładamy, że jeżeli coś się nam podoba to znaczy, że jest to na tyle dobre, że spodoba się również innym osobom.

Traktowaliśmy muzykę jako hobby, tylko jak przychodzi do wydawania płyt, to nagle okazuje się, że wiąże się z tym masa różnych obowiązków mniej przyjemnych. Ale trzeba sobie powiedzieć jasno, że nie robimy tego za karę, więc trzeba się z tym pogodzić.

Dla mnie słuchanie muzyki jest zwykłą hedonistyczną emocjonalną przyjemnością, czymś co jest zarazem piękne i przyjemne. Ja nie rozpatruję muzyki w kategoriach metafizycznego czy ideologicznego przekazu, opisu rzeczywistości przemian kulturowo społecznych, jakiegoś buntu czy sprzeciwu.  Choć w tym zakresie pewnie w zespole byłyby różne opinie.

E: „Dreamland”, który ukazał się w 2009 roku, dość mocno zaistniał w mediach. Możesz opowiedzieć, jak to było?

T.K.: W opinii, że Dreamland mocno zaistniał w mediach jest pewnie sporo przesady. To było tak, że będąc na etapie miksów Dreamland, Antyradio ogłosiło plebiscyt dla zespołów bez kontraktu ”Antyfest”. No i po prostu wysłaliśmy tam materiał – nawet nie bardzo pamiętam czym się kierowaliśmy. Utwór Once you were a Giant został zakwalifikowany do konkursu a potem przechodził kolejne etapy, aż skończyliśmy w finale w Hard Rock Cafe razem z Vintage, Orregano. Gwiazdami były Freak of Nature z Tomkiem Osieckim na sitarze, oraz Perfect. Musieliśmy zagrać na żywo, a był to nasz drugi wspólny koncert. Okazało się, że były też problemy ze sprzętem – nasi gitarzyści musieli się wpiąć w racka Vintage, którzy jako jedyni przezorni przywieźli na wszelki wypadek kupę sprzętu, ale efekt był taki, że brzmieliśmy jak ubodzy koledzy Sex Pistols. Wszyscy byliśmy strasznie spięci jak na egzaminie. Nie był to dobry występ, ale sam finał zapewnił nam patronat Antyradia, gdybyśmy chcieli wydać płytę.

No więc nagle otworzyły się przed nami perspektywy, o których nawet nie marzyliśmy. Na horyzoncie pojawił się też Andrzej Mackiewicz z firmy Takt, który załatwił nam dystrybucję Mystic. I w ten sposób Dreamland ujrzał światło dzienne. Grało nas i cały czas gra Antyradio. Zauważył nas niezastąpiony Romuald Jakubowski z programu I Polskiego Radia i wtedy jeszcze Radia dla Ciebie. Grał nas w trójce Piotr Kosiński w Nocy Muzycznych Pejzaży. Ukazało się parę recenzji. Choć największe wsparcie i entuzjazm był ze strony portali zajmujących się muzyką progresywną.

Trudno uznać to za jakąś niesamowitą popularność, ale zważywszy, gdzie zaczynaliśmy, to faktycznie udało się nam osiągnąć więcej niż pewnie ktokolwiek z nas sobie wyobrażał.

E: Wspomniany „Once You Were (a Giant)” to klasyczny hard rockowy numer. Długi, rozbudowany. Możesz powiedzieć jak powstał?

T.K.: E tam długi.  Ma naszą standardową długość ok. 7 minut z (intro). Giant powstał jako kompozycja ogólnozespołowa na próbie, mam nawet nagraną gdzieś jeszcze pierwszą wersję tego numeru z próby. Początkowo z polskim tekstem nazywał się 32 (chyba wtedy tyle lat miał Andrzej Archanowicz), pełniący wówczas obowiązki głównego wokalisty. Jest to taki klasyczny hardrockowy hymn, który kojarzy mi się trochę z Heaven and Hell Black Sabbath za sprawą linii basu i śpiewu Ozziego. I tak naprawdę to numer ożył dopiero, gdy przyszedł Ozzie i nagrał do niego nową linię wokalną z angielskim tekstem. Taki Dio meets Gillan w najlepszym wydaniu.

Od tamtej pory nie nic nie jest w stanie zmienić mojego przekonania, że to wokalista w największym stopniu ma wpływ na charakter utworu. Do tej pory pamiętam, jak przyjechałem do studia wieczorem i słysząc nową wersję pierwszy raz miałem prawie łzy w oczach. Uważam, że Ozzie dokonał niesamowitego wyczynu tworząc partie wokalne do gotowych utworów, w których instrumentalnie nic już się nie dało zmienić. Idę o zakład, że gdybyś o tym nie wiedział nie domyśliłbyś się tego, że wszystkie wokale do Dreamland powstały zupełnie niezależnie od części instrumentalnej.

E: Z kolei „Kiss Goodbye” poświęciliście Agacie Mróz. Jak do tego doszło?

T.K.: To też zasługa Ozziego. Było tak, że Paweł dostał do Dreamland wszystkie gołe tracki bez wcześniejszych wokali, aby się nimi nie sugerował i mniej więcej raz w tygodniu pojawiał się w studio, aby nagrać kolejny utwór. Kiss Goodbye to był drugi numer, który nagrywał, bo pierwszym nagranym jeszcze na próbę było Sleepless Nights. Miał pojawić się w studio wieczorem, gdy w tym dniu poszła w świat wiadomość o śmierci Agaty Mróz.

Ozzie pod wpływem tej informacji napisał nowy tekst i zmienił melodię tego utworu. I w tym samym dniu wieczorem utwór został zarejestrowany. Jest to również jeden z moich faworytów na Dreamland, nawet nie wiem, czy nie mój ulubiony utwór z tej płyty. Ozzie często pisze teksty pod wpływem bieżących wydarzeń. To jest chyba dla niego naturalne. Był to po prostu zatrzymany w kadrze przejaw emocji wywołanych tym smutnym zdarzeniem, który stał się źródłem inspiracji.

E: Wasza druga płyta ukazała się rok później i również spotkała się z zainteresowaniem mediów. Patronami zostało Antyradio i TVN Warszawa. Jak do tego doszło?

T.K.: Patronat Antyradia był dla nas trochę oczywisty, bo w sumie zaistnieliśmy na rynku jako dziecko Antyradiowego konkursu. Choć też baliśmy się, bo Antyradio nie miało żadnego obowiązku objąć naszej kolejnej płyty patronatem. I przyznam, że chyba dopiero przy drugiej płycie tak naprawdę Antyradio w nas uwierzyło. Redaktorzy Ostry, Jah Jah czy Kasprol powiedzieli naprawdę mnóstwo ciepłych słów o naszej drugiej płycie, czego nie musieli robić. Szczególnie ciepło będę wspominał redaktora Jah Jah Frankowskiego, z którym przy okazji Dreamland niektórzy nasi gorliwi fani toczyli czasami brutalną walkę o umieszczenie na liście turbo top utworu Kiss Goodbye, a który nie mógł na listę trafić, bo nie było go  na playliście. I relacje były trochę napięte. A on po prostu zachwycił się naszą drugą płytą. Ostatnio nawet jadąc na próbę słyszałem, że postulował Love De Vice na festiwal Eurowizji, aby poprawić jego poziom…
Przy okazji promocji Dreamland wystąpiliśmy w TVN Warszawa w programie Rytm Miasta. Po prostu nasz menadżer Łukasz odpowiedział na informację na stronie TVN, aby zespoły się do nich zgłaszały i zagraliśmy utwór Dreamland.

Szukając zatem patronów medialnych dla nowej płyty po prostu wykorzystaliśmy kontakty, które udało się nam nawiązać przy okazji płyty promocji Dreamland.

Teraz próbujemy też zainteresować naszą muzyką zagraniczne portale i środowiska związane z rockiem progresywnym, bo wydając Dreamland zupełnie przespaliśmy ten temat. Choć z drugiej strony wtedy się wszystkiego się uczyliśmy poznawaliśmy ludzi, dziennikarzy i całą tą niszę tzw. rocka progresywnego.

E: Wiem, że myślicie już o kolejnej płycie? Kiedy możemy się spodziewać efektów?

T.K.: Po wydaniu Dreamland, w dniu jego premiery 15 czerwca 2009 r., zacząłem nagrywać pierwsze tracki perkusji do Numaterial. Było tak, że jak dołączył Ozzie, to od razu powstały nowe utwory, tak więc wydając Dreamland mieliśmy już w zarysie gotowy materiał na ok. 90 minut muzyki. I powstał pomysł, aby Numaterial był podwójną płytą. Chcieliśmy kuć żelazo póki gorące, wyszła płyta i było ciśnienie by iść do przodu.

Okazało się jednak, że nasz entuzjazm był trochę przedwczesny bo pomiędzy zarysem utworu w podziale na zwrotki i refreny, a gotową piosenką jest jeszcze daleka droga. Bo nagle pomysły aranżacyjne i wizje utworów w ramach zespołu zaczęły się rozjeżdżać. Gwoździem do trumny okazał się utwór Rebecca, który początkowo w założeniu był planowany do promocji płyty.  Powstało chyba z pięć wersji, była wersja retro, wersja metalowa, wersja Jimi Hendrix  i bóg wie co.  Straciliśmy chyba ze dwa miesiące dyskutując o 4 minutowej, prostej jak konstrukcja cepa piosence. Ostatecznie postanowiliśmy usunąć Rebeccę z albumu. Wersja tzw. kompromisowa tej piosenki ukazała się na singlu With You Now, jako tzw. outtake. Z drugiej strony działy się też takie rzeczy, że niemalże heavymetalowy utwór Fire In You przeistoczył się w jedną zakrapianą noc w jazzującą trochę romantyczną balladę.

Czas płynął, a my byliśmy w lesie. Okazało się też, że po prostu się przeliczyliśmy i nie mamy tyle wolnego czasu, aby na bieżąco zarządzać taką ilością materiału. Pewnego dnia spotkaliśmy się w knajpie i postanowiliśmy podzielić materiał na dwie części rezygnując z idei nagrania podwójnej płyty. I w ten sposób część utworów po prostu nie weszła na Numaterial. Przy wyborze kierowaliśmy się nie tyle tym, które utwory uważaliśmy za lepsze, ale aby zapewnić względną różnorodność Numaterial i pominąć te utwory, co do których kierunku aranżacji nie byliśmy się wstanie na szybko dogadać.  Tak więc te utwory na pewno pojawią się na kolejnej płycie LDV III, a jak nie to może na kolejnej.

Teraz nagle znowu stanęliśmy w obliczu kolejnej klęski urodzaju, bo przy pracy nad nowym materiałem od września do marca okazało się, że mamy wstępnie pomysłów na ok. 30 utworów – czasami są to tylko riffy, ale całkiem sporo jest też pomysłów, które są mocno zawansowane.  Problem, jest znowu taki, że spotykamy się wszyscy raz w tygodniu na trzy godziny i rzadko w komplecie. Wspólne przerobienie takiej ilości materiału jest w zasadzie nieosiągalne. Tak więc znowu będziemy wybierać. Choć teraz pomni doświadczeń przy Numaterial, będziemy chcieli wejść do studia dopiero wtedy, gdy będziemy faktycznie do tego gotowi i wszystkie partie instrumentalne będą aranżacyjnie przemyślane i spójne. Nie nastąpi to zapewne wcześniej niż jesienią tego roku, ale może pozwoli to skrócić sam okres rejestracji kolejnej płyty.

E: A czego muzycznie możemy się spodziewać? Jakieś zmiany, poszukiwania, eksperymenty?

T.K.: Do końca pewnie ciężko to obecnie przewidzieć. Można mówić na razie tylko o pewnych trendach. Mam wrażenie, że tak długo byliśmy wtłaczani medialnie w nurt rocka progresywnego, że pewnie w końcu ślad tego znajdzie swoje odzwierciedlenie w naszej muzyce. Będzie zatem pewnie więcej zmian tempa, nastrojów i trochę trudniejszych rytmów. Na pewno będzie znowu sporo długich i złożonych utworów. Powinno się w końcu np. udać zarejestrować mój ulubiony utwór Weak Ballance, który trochę przypomina konstrukcją Letter in A’ Minor, a nie zmieścił się na Numaterial bo uznaliśmy, że dwa 13 minutowe utwory na płycie to trochę przesada. Choć nie oznacza to, że zaczniemy zaraz grać formalnie skomplikowany progresywny metal. Źródła naszej muzyki się raczej nie zmienią, będzie dużo melodii, klasycznych solówek, fajnych riffów oraz ballady i romanse, odrobina bluesa jakieś elementy delikatnie jazzujące czy psychodeliczne. Mamy w zespole różne fascynacje od Beatlesów, bluesa aż po klimaty rodem z Kill’em All. Chcemy zachować różnorodność i zwiększać trochę wyrafinowanie naszej muzyki, bo po prostu cały czas nabieramy doświadczenia i rozwijamy się jako muzycy.

Gdybym miał jednym utworem opisać kierunek, w którym chcielibyśmy podążać to byłby to pewnie styl z utworu Letter in A’ Minor.  Będziemy też chcieli w szerszym stopniu skorzystać z doświadczenia innych muzyków, którzy zainteresowani są zagraniem razem z nami, bo współpraca z Michałem Jelonkiem i Tomkiem Osieckim okazała się bardzo owocna.

E: Zauważyłem, że dużą wagę przywiązujecie do oprawy graficznej płyty, okładki, standardu wydania. Jest już pomysł na ten element nowego albumu?

T.K.: Tak, jeżeli chodzi o przywiązanie do szaty graficznej to jesteśmy staroświeccy i zwracamy na to uwagę. Jest to element, który ma odzwierciedlać charakter muzyki na płycie. Wydawało się nam, że Dreamland jest taki baśniowy, stąd też okładka oparta na bazie obrazu The Battle of Issos Albrechta Aldorfera. Z drugiej strony Numaterial wydawał się nam bardziej posępny i mroczny i taką atmosferę chcieliśmy przekazać również w warstwie graficznej.

Nie ma jeszcze pomysłu na okładkę trzeciej płyty, którą roboczo określamy „LDV III”, bo najpierw musimy usłyszeć muzykę, która trafi na płytę i jej tytuł, aby dopasować do tego warstwę graficzną.  Pierwsze przymiarki do tytułu się już pojawiły od tytułu jednego z nowych utworów – „War Wakes at Dawn”. On dla mnie brzmi dobrze, ale za wcześnie mówić o nim jako tytule płyty.

E: Trzecią płytę również planujecie nagrać w Studiu DBX?

T.K.: Nie ma jeszcze ostatecznej decyzji, ale niewątpliwie jesteśmy bardzo związani z tym miejscem oraz Jackiem Melnickim. To, że mamy tam również naszą salę prób też ma znaczenie. Tak więc dla nas jest to trochę naturalne miejsce.  Choć możliwe, że np. perkusję będziemy chcieli nagrać w innym studio o lepszych walorach akustycznych dla tego instrumentu.

E: Jak wam się pracuje z Jackiem Melnickim? Do studia trafiacie z całkowicie gotowym materiałem i koncepcją brzmienia, czy liczycie na jego sugestie?

T.K.: Trochę już o tym opowiedziałem przy poprzednich pytaniach. Z naszej perspektywy to od zawsze współpracujemy z Jackiem Melnickim, który w praktyce jest niemalże siódmym członkiem zespołu. Czasami jeździ też z nami na koncerty dbając o kwestię dźwięku. Jego wkład w powstanie Numaterial jest często niesłusznie pomijany. Wspomina się o Jelonku i Tomku Osieckim, ale Jacek jako współproducent płyty miał istotny wpływ na jej aranżację i zagrał sporo partii klawiszowych. Fantastyczne solo klawiszowe w Cold Sun Goodbye wyszło spod jego palców. Bardzo nam pomógł w sytuacji, gdy nasz klawiszowiec miał napięty okres w życiu związany z ojcostwem, przeprowadzką i pracą setki kilometrów od Warszawy.

Dzięki pracy przy obu płytach wzajemnie się poznaliśmy i przyjaźnimy się. To nam bardzo pomaga, znamy wzajemnie nasze wady i zalety, wiemy, czego możemy od siebie oczekiwać.  Jacek jest też muzykiem, który zakładał Riverside i nagrał według mnie świetną płytę solową jako LSD Project.  Ma dużo ciekawych pomysłów na rozwiązania aranżacyjne, z których korzystamy. To jest tak, że on coś proponuje i my decydujemy, czy nam się dany kierunek podoba, czy nie.  On nie jest klasycznym typem inżyniera dźwięku, który odpowiada tylko za rejestrację materiału. On jest bardziej muzykiem i cały czas coś po cichu kombinuje – tak więc trzeba go pilnować. 🙂

E: Czy poza kwietniowym koncertem w bydgoskim radiu PiK planujecie jakieś koncerty? Gdzie będzie was można zobaczyć na żywo?

T.K.: Koncerty są w naszym przypadku trudnym tematem, ponieważ mamy ograniczone możliwości koncertowania związane z naszą sytuacją zawodową oraz rodzinną.

Po prostu większość z nas do niedawna nie przewidywała w swoich planach życiowych również roli muzyka. Jako, że możemy grać rzadko, staramy się, aby były to ciekawe koncerty.

Przy okazji wyjazdu do Bydgoszczy chcielibyśmy zagrać również drugi gdzieś w okolicach np. Toruń, zwłaszcza że gościnnie wystąpią z nami zarówno Jelonek jak i Tomek Osiecki. Dalsze plany są takie, że zobaczymy pewnie fajnie byłoby zagrać na jakichś festiwalach gdzie skupiających tzw. progresywne zespoły, ale zobaczymy co z tego wyjdzie.

E: Dzięki za rozmowę.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s