Wywiad z Robertem „R.i.P” Pełką (Love De Vice)


robert-pelka„Tydzień z Love De Vice”, odsłona trzecia. Dziś rozmawiamy z basistą, Robertem „R.i.P” Pełką.

Z tego wywiadu dowiecie się między innymi, jak wygląda proces komponowania w Love De Vice, dlaczego Robert nie wybiera się na koncert Primusa i jak to było z kobietami w składzie zespołu. Zapraszamy.

Editor: Po przesłuchaniu waszych albumów, największe wrażenie zrobiła na mnie gra sekcji. Mam wrażenie, że tak obecnie w Polsce nikt nie gra. Kto odpowiada za to, że bas i perkusja mają tak dużo do powiedzenia w waszej muzyce?

R.i.P: Dzięki za miłe słowa. Nie jestem do końca przekonany, że w Polsce nikt tak nie gra… prawdopodobnie coś by się znalazło. Fajnie, że zwróciłeś uwagę na ten element. Powszechnie wiadomo, że 70% słuchaczy słyszy: wokal, solówki, gitary i „coś tam dudniącego w tle”. Kto odpowiada za to, że bas i perkusja odgrywają taką rolę w Love De Vice? Wszyscy członkowie zespołu. Przede wszystkim ja i Tomek Kudelski /perkusja/, ale nie sposób pominąć tu resztę chłopaków, którzy nie oponują przeciwko takiemu graniu, czy wręcz zachęcają do tego – i tu się może zdziwisz, ale największym orędownikiem w tej kwestii jest Ozzie… przyznasz, że to baaaaaaardzo nietypowe zachowanie jak na wokalistę.

Dawno temu – na przełomie 1992/1993 – miałem okazję grać w takim jednym zespole /nazwę celowo przemilczę/, w którym już na starcie usłyszałem: „masz tylko trzymać doły”. Nie było to podejście do tematu, jakie by mi pasowało, zatem zbyt długo nie wytrzymałem w tej kapeli.

Dla mnie osobiście gitara basowa nie jest instrumentem, który w tle towarzyszy pozostałym gitarom. Bas jest w mojej opinii równorzędnym partnerem dla reszty instrumentów. Prawdopodobnie takie postrzeganie sprawy wiąże się z tym, na czym się wychowałem muzycznie. Ten instrument odgrywał olbrzymią rolę zarówno w Fields Of The Nephilim, Sisters Of Mercy, Pink Floyd czy The Cure /moja miłość do tego zespołu to głównie płyty „Seventeen Seconds”, „Faith” i „Pornography”… a na nich bas był wręcz wiodącym instrumentem/. Kiedyś w muzyce rockowej sekcja rytmiczna była mocno marginalizowana – za wyjątkiem podanych przykładów. Współcześnie jednak bardzo dużo zespołów gra w taki sposób, aby sekcja była istotnym elementem. Wyobraź sobie takie zespoły jak Coma, Korn czy Muse, z ograniczoną rolą basu i perkusji… tego by się nie dało słuchać!

Wracając jednak do Love De Vice. Nie ukrywam, że poza ogólno-zespołową wizją tego typu rozwiązań, niezbędnym elementem jest taki perkusista i taki basista, którym tego typu współpraca, gra będzie odpowiadać. Ja miałem to szczęście, że w 1993 roku poznałem Tomka i od razu powstała między nami „muzyczna chemia”. Graliśmy wtedy wspólnie w zespole Helter Skelter /do 1996 roku/ i przez te trzy lata robiliśmy jako sekcja mniej więcej dokładnie to samo, co aktualnie w Love De Vice. Na przestrzeni kilkunastu lat miałem okazję grać z wieloma perkusistami, ale to z Tomkiem rozumiemy się bez słów i nawet kontaktu wzrokowego. Czasem odnoszę wrażenie, że czytamy we własnych myślach.

E: Jak wygląda u was proces tworzenia? Spotykacie się regularnie na próbach, ktoś przynosi na nie pomysły, czy tworzycie podczas prób?

R.i.P: Podstawowymi czynnikami mającymi wpływ na sposób tworzenia materiału przez zespół są: obowiązki służbowe /powszechnie wiadomo, że nie żyjemy z muzyki tylko z różnych wykonywanych zawodów/, obowiązki rodzinne oraz fakt, że jest trzech głównych pomysłodawców. Nakładając powyższe czynniki na czas jaki możemy poświęcić na wspólne granie prób, oczywistym staje się fakt, że wypracował się model polegający na przynoszeniu pomysłów na próbę i tam nadawanie kompozycjom ostatecznych szlifów w postaci aranżacji, układu utworu czy opracowywaniu detali własnych partii. Ten model się sprawdza w naszym przypadku.

Dość często mamy do czynienia z przypadkami, że ktoś przynosi pomysł w zasadzie zamknięty kompozycyjnie. Równie częstym przypadkiem jest rozwiązanie polegające na przyniesieniu dobrego pomysłu, ale jeszcze nie jako kompletny i skończony numer – wtedy z reguły brakujący element powstaje w wyniku improwizacji czy „burzy mózgów”. Bywają również przypadki /jak „Heavy Cross” czy „Sleepless Nights”/, gdzie prowadzone były „spotkania w podgrupach”, bo gotowy był pomysł, czegoś brakowało do pełni szczęścia, a udało się spotkać np. w weekend dwóm osobom i domknąć numer, aby na próbę przyjść z gotowcem.

Co do tworzenia na próbach – staramy się nie marnować czasu, którego i tak mamy mało, dlatego ten wariant praktycznie nie funkcjonuje w naszym zespole. Zdarzają się wprawdzie wyjątki potwierdzające regułę, ale to mocno odosobnione przypadki.

E: Na instrumencie jakiej marki grasz?

R.i.P: Aktualnie jest to pięciostrunowy Cort.

E: Skąd taki wybór?

R.i.P: Cóż… cena vs jakość. Dla mnie istotne jest, aby gitara dobrze leżała w ręku. Nie jestem przywiązany do jakiejś konkretnej marki.

E: Czy wśród basistów, których cenisz znajduje się miejsce dla Geddy’ego Lee?

R.i.P: Nie znam człowieka… zresztą jak sądzę on mnie również nie zna :). A na poważnie – jest wielu basistów, których bardzo sobie cenię. Niektórych wręcz uważam za sprawców tego, że od samego początku interesował mnie tylko ten instrument. Jednak w tej grupie nie ma Geddy’ego Lee. Nigdy go nie słyszałem.

E: Czy – jako basista – wybierasz się na koncert Primus’a podczas tegorocznego Open’era?

R.i.P: Nie. I nie chodzi tu o Primus’a, ale o fakt, że grają na dużym festiwalu. Nie przepadam za tłumami. Lubię spokój i przestrzeń. Pomijam już fakt, że z moim wzrostem i tak na koncertach widzę tylko ludzi stojących przede mną :).

E: Porozmawiajmy o  historii. Grałeś wcześniej w zespole Playfinger. Jak powstał?

R.i.P: W zasadzie trudno tu mówić o jakimś powstaniu… to był bardziej kolejny etap na drodze grupy znajomych grających sobie wspólnie. To była niejako kontynuacja projektu o nazwie Hebi. Formacja składała się ze mnie, Messiego, Robura, Krzycha oraz Marcina Bruczkowskiego na perkusji. W wyniku szaleństw na nartach Marcin złamał rękę, a trzeba było zagrać dwa umówione wcześniej koncerty. Tak się jakoś złożyło, że dwa miesiące przed tym wydarzeniem spotkałem się przypadkiem na ulicy z Kudlem. To było spotkanie po kilku latach przerwy… ale odświeżyliśmy kontakt. Dlatego w chwili, gdy Marcin złamał rękę, dla mnie naturalnym było, że dzwonię do Kudla z prośbą o zastępstwo na te dwa koncerty.
Dalej sprawy się potoczyły już dziwnie i nie do końca dla wszystkich przyjemnie. Spuśćmy zasłonę milczenia na ówczesne nieporozumienia… dość powiedzieć, że w wyniku wszystkich kilkumiesięcznych tarć zakończyło się tym, że zespół Hebi opuścili wszyscy za wyjątkiem perkusisty, a że nadal mieliśmy ochotę wspólnie grać to naturalną koleją rzeczy było poproszenie Kudla o pozostanie na stałe i wymyślenie nowej nazwy – Playfinger, czyli, jak ja to tłumaczyłem, „filuterny paluszek”. Ot i cała historia powstania tej formacji.

E: Czym muzycznie różnił się Playfinger od Love De Vice?

R.i.P: W zasadzie wszystkim i niczym. Musisz wiedzieć, że przed nagraniem „Dreamland” cały materiał powstał w ramach projektu „Playfinger” i jako taka formacja wchodziliśmy zarejestrować nagrania. Oczywiście partie wokalne na debiucie płytowym są ostatecznie inne niż na etapie rozpoczęcia nagrań, inne są też teksty, ale muzyka została zarejestrowana dokładnie tak, jak graliśmy pod szyldem Playfinger. Jeżeli zatem chcesz wiedzieć, czym dokładnie różnił się „Playfinger” od „Love De Vice” to musisz porównać „Dreamland” z „Numaterial”.

E: Playfinger przekształcił się w Love De Vice dopiero w studiu podczas nagrywania pierwszej waszej płyty „Dreamland”?

R.i.P: W zasadzie tak. To był kolejny naturalny krok na etapie rozwoju tej grupy. Mieliśmy zarejestrowany komplet track’ów do „Dreamland” i… kilka poważnych porażek z nagrywaniem partii wokalnych. Przed mikrofonem przewinęło się kilka osób – między innymi ja i Messi – ale za każdym razem było dramatycznie :). Był też między innymi jeden człowiek, który – jak sam zeznawał – uczył śpiewu. Wszedł do studia, zaczął rozdawać swoje wizytówki akademii śpiewu, po czym stanął przed mikrofonem i… na szczęście już nawet nie pamiętam, gdzie mam tamto nagranie :). Był też wariant z niewiastą – zwaną przeze mnie od początku „białe kozaczki”. Ja już po zobaczeniu jej zdjęcia wiedziałem, że będzie dramat. No i się nie pomyliłem. Na szczęście nie doszło nawet do próby nagrania z tą panienką.

Dość powiedzieć, że czas mijał, a my byliśmy w przysłowiowej „czarnej dupie”. Prace stanęły i zaczęliśmy się zastanawiać, co dalej z tym materiałem. I tu znowu w historii formacji pojawił się element „wsparcia z przeszłości”. W pierwszej połowie lat 90-tych zarówno ja, jak i Kudel, mieliśmy okazję przewijać się przez wspólne projekty m.in. z Ozzie’m. Dodatkowo poza wieloletnią znajomością Kudla i Oz’a łączyły w przeszłości jeszcze wspólne studia i podobny wykonywany zawód. Mniej lub więcej, ale chłopaki utrzymywali ze sobą jakiś tam kontakt. Któregoś dnia porozmawialiśmy z Kudlem o tym, co dalej i stwierdziliśmy, że zaprosimy Ozzie’go, aby spróbował coś na próbę nagrać. Na pierwszy ogień poszedł numer „Sleepless Nights”, bo miał gotowy tekst po angielsku. Linia melodyczna jaka była pierwotnie ułożona przypasowała Ozzie’mu, dopisał jeszcze tylko fragment tekstu między jednym a drugim łykiem piwa i zaśpiewał. Od razu wszyscy wiedzieli, że to jest to!!

W związku z tym wszystkim Oz został poproszony, aby napisać teksty do pozostałych utworów i żeby nagrał wokale… tak jakoś wyszło, że co  numer, to coraz lepiej. Naturalnym krokiem było zaproponowanie stałej współpracy, a skoro znowu zmienił się skład, to postanowiliśmy też zmienić nazwę zaznaczając w ten sposób kolejny etap „życia zespołu”.

E: Z kolei na waszej drugiej płycie „Numaterial” wystąpiło kilku gości. Możesz opowiedzieć o ich udziale?

R.i.P: Owszem. Szczerze mówiąc na samym początku podchodzenia do zarejestrowania „Numaterial” nie było takich planów. Pomysł na zaproszenie gości pojawił się już na etapie nagrań. Zaczęło się od Ragaboy’a. Nie znam szczegółów skąd Jacek Melnicki znał się z Ragaboy’em, ale padł taki pomysł, aby go ściągnąć do nagrania „Love Or Illusion” i Jacek to zrobił. Efekt był powalający. Skoro już o „Love Or Illusion”, to Kudel wpadł jeszcze na pomysł kolejnych „udziwnień”, a że w sali obok nas czasami ćwiczyły dziewczyny na koreańskich bębnach etnicznych, to zostały poproszone o dogranie swoich instrumentów do tego numeru.

Potem nastąpił kolejny etap. Od dawna moim marzeniem było zrobić coś wspólnie z Michałem Jelonkiem, którego kilka lat temu miałem okazję poznać na stopie zawodowej, a prywatnie bardzo go cenię za to, co gra. Postanowiłem zatem wykorzystać tą znajomość i ku mej radości Michał się zgodził. Dostał nagrany materiał aby mógł się osłuchać po czym przyjechał pewnego dnia do studia i zarejestrował m.in. to, co można usłyszeć na płycie. Zrobił to w wyśmienity sposób.

Na koniec warto wspomnieć o Jacku Melnickim. Trochę trudno traktować go jako gościa. Jest naszym reżyserem dźwięku i współproducentem obu płyt. W międzyczasie zdążyliśmy się również zaprzyjaźnić i przefiltrować duże ilości płynów przez nasze organizmy :). Sam zatem widzisz, że trudno go traktować jako gościa zespołu. Nie zmienia to jednak faktu, że wiele partii instrumentów klawiszowych bez udziału Jacka nigdy by nie powstało. Sporo też z tych partii jest grane jego ręką.

E: Love De Vice nie koncertuje zbyt często, ale w ubiegłym roku zagraliście między innymi w Holandii na festiwalu Prog Power Europe. Jak do tego doszło?

R.i.P: To za sprawą człowieka, który z nami sympatyzuje od czasu, jak usłyszał „Dreamland” na długo przed wydaniem. Materiał tamten bardzo przypadł mu do gustu i od czasu do czasu nam pomaga… a mowa o Andrzeju Mackiewiczu z firmy Takt. To on był „spiritus movens” naszego pojawienia się na tym festiwalu. Ot i cała historia.

E: Jak wspominasz to wydarzenie? Kto oprócz was zagrał podczas tego festiwalu?

R.i.P: Fantastycznie prawie pod każdym względem. Dużo nowych ciekawych znajomości, mili i sympatyczni ludzie dookoła praktycznie z całej Europy. Całkiem ciepłe przyjęcie w zasadzie – nie oszukujmy się – nikomu nie znanego zespołu, jakim tam był Love De Vice. Profesjonalnie zorganizowana impreza… w naszym kraju często gęsto są poważne problemy z bezbłędną organizacją jednego wieczoru, a na Prog Power Europe 3 dni wspaniałego festiwalu w bardzo uroczym małym miasteczku przy granicy z Niemcami.
Jeżeli miałbym na coś narzekać to na fakt, że nie był to wyjazd do sanatorium, a z roku na rok człowiek coraz trudniej znosi takie szaleństwo :).

Kto z nami zagrał? Czy może z kim my tam zagraliśmy… albo jeszcze lepiej, kto brał udział w festiwalu? Polecam sprawdzenie na progpower.eu. Ja natomiast wymienię kilka: Sacrum, Darkwater, Day Six, Progma C, Haken, John Oliva’s Pain, Leprous, Oceans Of Sadnes, Shadow Gallery.

E: Na koniec rozmowy, chciałbym podzielić się z tobą taką uwagą, że chętnie usłyszałbym waszą muzykę w radiu. Myślisz, że utwory z nowej płyty będą miały szansę zaistnieć w polskich stacjach radiowych?

R.i.P: Myślę, że w aktualnej sytuacji jest to w zasadzie niewykonalne. Polskie stacje radiowe, przynajmniej te ogólnokrajowe, nadają muzykę zupełnie inną niż to, co prezentuje Love De Vice. Biorąc jeszcze pod uwagę długość utworów, która w naszym wypadku zawsze przekracza wymarzone przez radiowców 2:40, szanse są praktycznie równe zeru. No i mamy jeszcze jeden problem, z którym już parę razy się spotkałem, a mianowicie „No jak to? Polski zespół i śpiewacie po angielsku?”

Raczej nie sądzę, abyś miał okazję wysłuchać Love De Vice w stacji radiowej innej niż jakaś niszowa rozgłośnia ukierunkowana na specyficzny wycinek spectrum muzyki rockowej. Co do dużych graczy na rynku polskim – ja się nie łudzę.

E: Dzięki za rozmowę.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s