Relacja Mati Gavriel, Blackfield – Warszawa, Progresja


Kiedy parę minut po 20.00 Mati Gavriel pojawił się na scenie, Progresja była pełna. Z gitarą, w cylindrze, bez słowa wstępu zaczął swój set. Autoprezentacja nastąpiła po pierwszym utworze. Dowiedzieliśmy się, że Mati urodził się w Izraelu, a obecnie mieszka w Berlinie i czuje się zaszczycony możliwością supportowania Blackfield. I choć trudno występuje się przed tak oczekiwaną gwiazdą, młody muzyk zdecydowanie dał radę. Usłyszeliśmy kilka piosenek, raz z towarzyszeniem gitary, raz klawiszy, które wpisywały się w dość sentymentalny pop-rockowy klimat. Taki, a nie inny, repertuar świetnie przygotował publiczność na główny występ wieczoru. Ja życzyłabym sobie tylko, żeby następnym razem Mati Gavriel pojawił się z żywym zestawem muzyków, bo dźwięki z komputera zabrzmiały tak… jak dźwięki z komputera.

Godzinę później na scenie pojawił się Blackfield, a w Progresji nastąpiła eksplozja. Zaczęli od „Blood”, a ze sceny popłynęły krwiste snopy światła i wszystkie emocje, które niesie ze sobą ten numer. Następnie, klasyczny już „Blackfield”, a po nim pierwszy z nowej płyty „Glass House”. „Go to Hell” Aviv Geffen zadedykował swoim rodzicom i ze sceny usłyszeliśmy dosadne „fuck you all, fuck you”. Tak jak się spodziewałam, numer – mówiąc delikatnie – sprawdził się w wersji koncertowej jeszcze lepiej niż na płycie. Później mieliśmy wiązankę przeplatających się nawzajem nowych i starszych kompozycji, którą zakończył finałowy utwór z tegorocznego albumu – „DNA”. Jego wykonanie po raz kolejny utwierdziło mnie w przekonaniu, że Aviv jest znacznie lepszym kompozytorem, artystą i showmanem niż… wokalistą. Steven Wilson z kolei, najmniej jest showmanem, za to gitarzystą i wokalistą wyśmienitym. Mogliśmy się o tym przekonać choćby przy singlowym „Waving”. Blisko tej kompozycji do numerów Porcupine Tree, a Stevenowi do ideału.

Kolejnym z nowej płyty był „Rising of the Tide”. Aviv nadal w czarnej marynarce połyskującej czerwonymi lampkami, zasiadł przy klawiszach, a jego duet wokalny że Stevenem ponownie wypadł lepiej niż na płycie. Jeśli już mamy Geffena i klawisze, to musiał również zabrzmieć „Pain” z „Jedynki”. Zrobiło się lirycznie, choć tylko na chwile. Rytmiczne dudnienie perkusji i ostre riffy Wilsona zwiastowały nadejście jednego z tych utworów, na które publiczność czekała najbardziej – „Once”. Przy kolejnej piosence Aviv pozbył się marynarki, rozpiął koszulę a z image’u, z którym wkroczył na scenę pozostały tylko umalowane na czarno oczy.

Niesamowite tempo miał ten koncert. Rzadko udaje się utrzymać takie emocje i taki ich poziom przez cały występ. Blackfield nie miał z tym najmniejszego problemu.

W dalszej części usłyszeliśmy jeszcze „I miss U”, „Zigota” /jedyny poprzedzony dłuższą zapowiedzią Stevena, z której dowiedzieliśmy się, że jest to hebrajski utwór, do którego napisał angielską wersję tekstu/, „This Epidemic” /orgia radości pod sceną/ i „Oxygene” /kolejny hit w wersji live z nowej płyty/. A kiedy już spodziewałam się końca zasadniczej części koncertu, Blackfield wykonał „Where Is My Love?”, po którym Aviv wspomniał o swoich polskich korzeniach /mam wrażenie, a byłam na wszystkich trasach Blackfield w Polsce, że to stały punkt programu, a ponieważ zawsze się sprawdza… obejrzeliśmy go ponownie/ i przedstawił zespól. Cała Progresja dała z siebie wszystko skandując imiona muzyków. „Dissolving in the, Night”, które usłyszeliśmy po tej chwili wytchnienia, zabrzmiało wyjątkowo pięknie i poruszająco. I to był dopiero koniec głównej części wieczoru.

Zespół nie kazał jednak na siebie długo czekać, a Steven zapowiedział „Hello”, który nic nie stracił na sile i wymowie od 2004 roku, kiedy ukazał się na „Jedynce”. Podobnie, „End of the World” i „Cloudy Now”, przy których publiczność pomogła, co nieco, zespołowi.

Zapomniałabym wspomnieć, że tradycji stało się zadość i Aviv kończył koncert bez koszuli. Tradycyjnie też koncert Blackfield był dużym wydarzeniem muzycznym. To niesamowite, ale prawie zaczęłam żałować, że nie mogę się wybrać na krakowski koncert. Prawie, bo przecież w tym samym czasie w Progresji miał się pojawić Pendragon.

Rockella

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s