Relacja Andy Sears, Pendragon – Progresja, Warszawa


240px-Pendragon_2010_after_concert

Kilka minut po 20.00 wkroczył na scenę Andy Sears. Przywitał się z publicznością, przedstawił swój music box, obwieścił, że ma w nim cały zespół Twelfth Night i może nim sterować. Swój występ rozpoczął od klasyki w postaci „The City”. Wspaniale było usłyszeć ten utwór na żywo, nawet, jeśli na żywo był tylko wokal. Drugą piosenkę, tym razem pochodzącą z solowej płyty, usłyszeliśmy już z towarzyszeniem fortepianu. Podczas jej wykonania przyszło mi do głowy, że tylko doświadczeni muzycy, a takim jest Sears, mają ten rodzaj ekspresji i luzu, które wynikają ze scenicznego doświadczenia. To, co jak się okazało, wyróżnia wszystkie jego kompozycje to zaangażowany sposób śpiewania rozbudowanych i ciekawych tekstów, w których Sears nie unika poważnych tematów. Następnie usłyszeliśmy krótką, ale bardzo wzruszającą kompozycję „Riverside”. Dalej „Fact and Fiction” z repertuaru Twelfth Night, w którym Andy zaprezentował się jako znakomity wokalista, czy wręcz aktor i performer. Później mieliśmy „The Craft”, a następnie, Andy z białym Fenderem wykonał „Love Song”. Dedykacja mogła być tylko jedna. Jej adresatem był Geoff Mann.

Andy Sears reprezentuje ten wyjątkowy rodzaj artystów, którzy potrafią coś znacznie ważniejszego niż poprawne wykonanie piosenki. Jak Peter Gabriel czy Fish, potrafią znaleźć drogę do wnętrz słuchaczy, potrafią dotknąć ich emocjonalnością swoich wykonań, poruszyć tekstem, a kiedy trzeba, rozbawić. Niestety mam wrażenie, że to ginący gatunek. Niemniej jednak początek tego wieczoru Andy Sears zapewnił nam fantastyczny. Ogromny szacunek i wielkie brawa.

Po przerwie technicznej przyszedł czas na gwiazdę wieczoru, a jeśli ktoś jeszcze nie znał nowej płyty Pendragonu, mógł na początku koncertu przeżyć zdziwienie, jeśli nie szok. Kiedy zespół wchodził na scenę, z głośników zaatakowały zapętlone perkusyjne loopy i usłyszeliśmy „Passion”. Ależ ten numer ma w sobie sile! Od początku było widać, że spółka w składzie Barrett – Nolan /w koszulce dr Housem/ – Gee – Higham jest w znakomitej formie. Po numerze z nowego albumu, usłyszeliśmy po jednym utworze z „The World” i „Window of Life”. „Ghosts” pochodzący z tej drugiej płyty, nigdy nie grany dotąd na żywo w Polsce, przeniósł wszystkich do pierwszej polowy lat 90-tych, kiedy Pendragon święcił triumfy za sprawą obu wyżej wymienionych płyt. Następnie Nick zapowiedział „Not of This World” i mieliśmy kolejny skok w czasie do początków obecnego stulecia.

Między utworami Nick Barrett dużo rozmawiał z publicznością. Żartował, wspominał i przedstawiał utwory, w tle cały czas wyświetlały się mniej lub bardziej abstrakcyjne obrazy. raz były to motocrossowe wyścigi, raz widok jak z dziecięcego kalejdoskopu, a jeszcze kiedy indziej poruszające się bezładnie pęcherzyki powietrza. A wieczór Pendragonowych wspomnień trwał. Scott szalał za perkusją, Nick po środku sceny, a Peter po jego prawej stronie. Tylko Clive trwał godnie i nieruchomo na swoim posterunku.

Powrót do bardziej współczesnego repertuaru nastąpił, kiedy Nick zamienił Fendera na Gibsona. Usłyszeliśmy „Freakshow” z płyty „Pure”. A już po chwili, znowu z Fenderem, mieliśmy „Empathy” i kolejną odsłonę tego nowego Pendragonu. Nad melodyjnymi fragmentami przeważały ostre riffy, a na koniec gitarowego fragmentu można było usłyszeć melodeklamację, żeby nie powiedzieć rap, w wykonaniu Nicka Barretta. Jednak Pendragon, stary czy nowy, grający melodyjnie czy posługujący się riffami, to nadal siła, szczerość i – jak głosi tytuł najnowszego krążka – pasja. „Empathy” to z pewnością jeden z najważniejszych momentów tego koncertu.

A przed kolejnym utworem z „Passion” – „This Green and Pleasant Land” – dowiedzieliśmy się, że Nick zna trzy nowe słowa po polsku. Brzmiały one „Warszawa jest pięknie”. Kto był, widział reakcję, kto nie był, łatwo się domyśli. A sam utwór? Kilkanaście minut prog rocka najwyższej próby.

Trzy numery z sześciu z nowej płyty mieliśmy za sobą, więc znowu nadszedł czas na podróż do przeszłości. I okazało się, że delikatny na płycie „Shane” nabrał na żywo mocy, a wyprawa w czasie była bardzo krótka, bo kolejnym utworem był „Feeding Frenzy”. Pisałem już, że numery z nowej płyty maja ogromna moc? Z „Feeding Frenzy” jest podobnie.

Później znów przeskok do lat 90-tych – „Nostradamus” i „Last Man on Earth” – na których występ się zakończył. Na pierwszy bis tylko jedno danie, ale za to jakie – wyczekiwane niemal od początku koncertu „Indigo”. Drugi bis to „Prayer” i „Paintbox”.

Koncert Pendragonu można podsumować jednym zdaniem – Warszawa została zdobyta. I nie zmieni tego nawet fakt, że podczas wywodów na temat piratów Nick Barrett zapomniał na chwilę, że Polska też leży nad morzem.

Editor

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s