Wywiad z Mariuszem Dudą (Riverside, Lunatic Soul)


riverside_band_songsCzy można być jednocześnie skromnym, lecz świadomym swojej wartości człowiekiem? Być doświadczonym i mieć naturalną potrzebę stałego rozwoju i pracy nad sobą? Można. To dzisiaj rzadkość, ale kimś takim jest z pewnością Mariusz Duda, basista, wokalista i autor tekstów Riverside.

Zapraszamy do lektury wywiadu, w którym rozmawiamy między innymi o przełomowych momentach w historii zespołu i znaczeniu Internetu w jego promocji. Mariusz zdradza również, kto jego zdaniem odniósł sukces zagranicą, a kto tylko napisał o tym w książce…
Rockella: Świętujecie dziesięciolecie, więc nie sposób nie odwołać się do przeszłości. Co podczas tych dziesięciu lat nazwałbyś wydarzeniem przełomowym, co zadecydowało o tym kim jesteście jako zespół i w jakim miejscu jest teraz Riverside?

Mariusz Duda: Przez tych 10 lat było parę wydarzeń ważnych, które w jakiś sposób zaważyły na karierze zespołu. Te najważniejsze? Chyba dzień, w którym pojawił się Michał Łapaj i Riverside w końcu stało się zespołem. W sumie powinniśmy liczyć nasze dziesięciolecie właśnie od tej daty, a nawet od naszej pierwszej polskiej trasy koncertowej w 2004 roku. Tylko że nikt nie świętuje 7-lecia czy 8-lecia… Na pewno ważne było wydanie „Second Life Syndrome” za granicą, dzięki czemu świat się o nas trochę dowiedział. Festiwal Progpower w Holandii i nasza pierwsza trasa europejska w 2005 roku. Festiwal Arrow Rock, gdzie graliśmy dla 50 000 ludzi. Trasa z Dream Theater w 2007 r., która nauczyła nas dyscypliny scenicznej. Generalnie nasza kariera zawsze budowana była stopniowo, krok po kroczku, nigdy nie było jakiegoś szczególnie odczuwalnego wielkiego skoku na giełdzie. Tak jest i teraz. Każdego dnia staramy się odnosić małe sukcesy, pozyskiwać nowych słuchaczy, docierać do miejsc, w których nigdy nie byliśmy.
R: A czy jest coś w tej dekadzie czego byś nie powtórzył; muzycznie, personalnie? Coś czego żałujesz? Mariusz Duda z okresu „Out of Myself” i z „ADHD” to już  inna osoba?
M.D.: Och, tak. Przede wszystkim sie zestarzałem /śmiech/, ale przy okazji dojrzałem i nabrałem więcej pokory. Zmieniły się też moje muzyczne gusta, coraz bardziej odchodzę od muzyki, w której przewija się słowo „prog”. Ale nie żałuję niczego. I niczego bym nie zmieniał. Cieszę się z takiego stanu rzeczy, jaki jest teraz. Gdybym poprzestawiał jakieś klocki w przeszłości, mógłbym teraz np. pracować w biurze od 9 do 17 i przekładać segregatory, a wieczorem w domu, zerkając z ukosa na zakurzoną gitarę, wywalać hektolitry żółci na forach internetowych z powodu niespełnionych muzycznych marzeń. A tak, osiągnąłem pewną pozycję, jestem zadowolonym z życia gościem i wciąż mam wiele przed sobą do osiągnięcia, wciąż mam chęć do pracy nad sobą i nad swoja muzyką.
R: Out of Myself rozpoczyna numer The Same River, o którym mówiłeś „wiemy, że gramy coś co już było /…/ robimy to po swojemu, prędzej czy później wypracujemy swój styl, a nasza muzyka nie będzie zbyt prosta do zaszufladkowania”. Jak określiłbyś Wasze miejsce muzycznie? Styl Riverside od początku jest nie do podrobienia. Czy nadal poszukujecie?
M.D.: Poszukiwanie nowych rejonów muzycznych jest dla zespołu tym, czym dla człowieka sen i jedzenie warzyw. To niezbędnik przetrwania na stołecznych pustkowiach. Tak samo jak poszukiwanie własnego brzmienia i pomysłu na zespół, bo to pozwala nie utopić się w zalewie tysiąca identycznie grających kapel. Z tego jestem chyba zadowolony najbardziej, że udało nam się wypracować własne brzmienie i charakter. Nie odkryliśmy może Ameryki, ale zrealizowaliśmy pewien pomysł na naszą muzykę. Połączyliśmy pop, rock i metal na swój sposób. Sprawiliśmy, że hasło „rock progresywny” nie kojarzy się w naszym kraju tylko z koncertami dla 50 wtajemniczonych dinozaurów.
R: Nie jesteście zespołem wywołującym skandale, rozróby. Nie piszą o Tobie na plotkarskich portalach. Nie szukacie taniej promocji. Prawie nie grają Was w radiach, a odnieśliście ogromny sukces. Myślisz, że czasy kiedy można było zaistnieć przez to, że zdejmie się spodnie na koncercie minęły ? Że nadszedł czas, w którym dobre, rockowe granie obroni się bez tej otoczki?
M.D.: Teraz ciężko na kimkolwiek zrobić wrażenie. Wszystko się opatrzyło i zszarzało. Kogo dzisiaj obchodzi, czy ktoś jest na scenie goły czy ubrany tylko w skarpetki na przyrodzeniu? Jest taki chaos i natłok informacji, że ma się to po prostu gdzieś. Z drugiej strony minęły też czasy buntu. Po cholerę się buntować, skoro masz wszystko podstawione pod nos? Społeczeństwo znudziło się, wygrzeczniało i zamieniło się w roboty podłączone routerem do iMaców i smartfonów. Z jednej strony totalnie się przez to znieczuliło na bodźce, z drugiej może trochę nabrało dystansu. Tania prowokacja praktycznie w każdym przypadku równa jest dzisiaj żenadzie. A żenadą na dłuższą metę sławy się nie zrobi. Ludzie stawiają więc na tych, którzy mają coś do powiedzenia bez wywoływania skandali czy rozrób. Na kapele, które grają swoje, mają ugruntowana pozycję, które wybijają się z tłumów identycznych kapel i przyciągają przede wszystkim swoją muzyką i pomysłem na siebie, ale pomysłem związanym z wykorzystywaniem talentu, a nie maskowaniem jego braku. Wielki Brat jest bezlitosny – obserwuje, krytykuje i udostępnia wszystkim swoje nagrania poprzez świątynię Youtube.
R: Jako zespół odnieśliście wielki sukces nie tylko w Polsce, ale też w innych krajach. Dlaczego, Twoim zdaniem, tak niewielu kapelom się to udaje?
M.D.: Brakuje im wytrwałości i cierpliwości. Bo tu nie chodzi o przebicie się od razu, tu chodzi o przetrwanie. Jeśli rzucisz hasła Vader czy Behemoth, zobacz, to nie są zespoliki, które istnieją rok czy dwa. Te kapele długo i ciężko pracowały na swój sukces i markę. To nie jest kariera za granicą typu zespół Myslovitz, który supporuje The Corrs i potem piszą w swoich książkach, że grali dla tysięcy ludzi za granicą. Vadery i Behemothy mają swoją własną publiczność. Wytrwałość i determinacja przede wszystkim. Poza tym przydaje sie odrobina pokory, bo jeśli w świeżo upieczonym zespole na koncercie wokalista wyzywa od skurwysynów, a perkusista z gwiazdorską finezją rzuca pałeczkami w tych biednych 15 osób, to w dzisiejszych czasach długiej kariery im nie wróżę.
R: Długo kazaliście swoim fanom czekać na trasę koncertową. Podczas obecnej, koncertów w Polsce było niewiele. Dlaczego?  
M.D.: Myślę, że limit ilości koncertów w Polsce wyczerpaliśmy podczas trasy promującej „ADHD”. Chyba lepiej jest postawić na jakość, a nie na ilość.
R: Skąd pomysł na supporty polskiej trasy?
M.D.: Graliśmy z The Pineapple Thief i Paatosem za granicą wielokrotnie, ale nigdy w Polsce.
R: Materiałem zawartym na „Memories In My Head” chcecie „zatoczyć koło” i  zamknąć tę dekadę? Czy nowa dekada to nowe Riverside?
M.D.: Myślę, że ten minialbum i teksty dla wielu nabiorą znaczenia dopiero jak usłyszą nowe nagrania Riverside /śmiech/. No cóż, zamykamy to dziesięciolecie w takim stylu, a następne będzie już inne. Nie mówię, że zdecydowanie inne, bo charakter naszej muzyki chcielibyśmy zostawić, ale na pewno zmieni się formuła, bo nie ukrywam, że jestem już nią trochę zmęczony. Generalnie ten rok to dla mnie rok takich zamkniętych kół. Z Riverside „Memories In My Head”, a z Lunatic Soul „Impressions”.
R: Czy są muzycy z którymi chciałbyś coś nagrać? Przychodzi mi do głowy inny multiinstrumentalista – Steven Wilson. Na Twoim fan page’u widziałam sugestię, że powinniście coś zrobić razem… /śmiech/
M.D.: Jest wielu muzyków, z którymi chciałbym coś nagrać i wyobraź sobie, że nagrywam, ot chociażby z Maćkiem Szelenbaumem czy Wawrzyńcem Dramowiczem. Nie wiem, co wydarzy się w przyszłości, ale jeśli kiedyś byłaby okazja nagrać coś razem na przykład ze Stevenem Wilsonem, efekt mógłby być na pewno interesujący.
R: Czy uda Wam się wydać nową płytę jeszcze przed końcem świata planowanym na 2012? Jaka będzie?
M.D.: Mam nadzieję, że się uda, a jaka będzie do końca, tego nie wiem. Na razie są nowe zarysy, kolory i fragmenty muzycznych pomysłów w głowie.
R: Czy masz jakieś plany dotyczące solowych projektów?
M.D.: Wspomniane Lunatic Soul „Impressions”. To będzie takie dopełnienie czarno-białego dyptyku. Głównie utwory instrumentalne, wydanie tylko w Kscope i limitowany nakład. Nie chcę z tego robić „Lunatic Soul III”, bo jedna trylogia w zupełności mi wystarczy. Trzecia płyta Lunatic Soul będzie miała zupełnie inny klimat i temat, natomiast „Impressions” potraktowałbym bardziej jako instrumentalny suplement do jedynki i dwójki. Początkowo utwory te miały być rozdzielone na dwie części i dodane jako bonus do podwójnych wydań LS1 i LS2, ale wspólnie z ludźmi z Kscope stwierdziliśmy, że chyba lepiej będzie zrobić z tego całkowicie oddzielne wydawnictwo. I tak na przełomie października i listopada tego roku czeka nas 45 minut całkowicie nowej muzyki spod szyldu Lunatic Soul. Zarówno na blaszce, jak i na winylu.
R: Wasze płyty nie tylko niosą dobrą muzykę, ale mają też duży walor estetyczny. Grafikę od lat robi dla Was „grafik gwiazd” Travis Smith /projektuje okładki dla zespołów Anatema, Katatonia, Opeth /. Czy ta strona produkcji jest dla Was ważna? Wystarczy mu przesłuchanie Waszej płyty? A może rzucacie temat?
M.D.: Oczywiście, że jest ważna. Muzyka i grafika musi iść ze sobą w parze. Travis to bardzo utalentowany artysta i co najważniejsze ma swój własny rozpoznawalny styl. Od lat razem pracujemy, zaprzyjaźniliśmy się. Ostatnio jest tak, że nakreślam mu temat płyty, przesyłam jakieś odręczne szkice, a on robi to po swojemu. Wysyła swoje propozycje i akceptujemy to lub prosimy o dalsze kombinacje. Przykładowo przy SLS-ie i ADHD okładkę zaakceptowaliśmy praktycznie od razu, ale już przy REM-ie cholernie długo męczyliśmy się z grafiką.
R: Graliście z wieloma wielkimi zespołami. Mówicie, że trasa z Dream Theater była dla Was nauką warsztatu scenicznego. Teraz, po 10 latach, czy zdarza Wam się podczas koncertów, festiwali, tras czerpać coś jeszcze od innych? Czy raczej jesteście mentorami? /śmiech/
M.D.: Uczymy się przez całe życie. Wspomniane wcześniej poszukiwanie nowych rejonów muzycznych musi iść w parze z kształtowaniem warsztatu indywidualnego i zespołowego. Nie ma innej opcji.
R: Wykorzystujecie jako zespół źródło komunikacji jakim jest Internet. Jesteście na facebook’u, Wasza strona działa bardzo aktywnie. Jest to dla Was forma promocji czy kontaktu z fanami? Bardziej konieczność czy świadoma chęć przybliżania swojej twórczości właśnie w ten sposób?
M.D.: No wiesz, jedno i drugie, plus zapewne trzecie i czwarte. Źródło komunikacji, jakim jest Internet, wykorzystywaliśmy od początku naszej działalności i do tej pory jest to nasze główne medium informacyjne. Wiesz, nas w telewizji nie ma, w radiu jesteśmy sporadycznie, głównie w audycjach autorskich, a z prasą jest różnie. Zostaje Internet. W dzisiejszych czasach jest to tak oczywiste źródło promocji, że nawet nie ma się tutaj nad czym zastanawiać. Zresztą, gdyby nie było wspomnianego źródła, to i nie byłoby tego wywiadu. /śmiech/
Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s