Relacja Arena, Believe – Progresja, Warszawa 08.11.2011


arena-bandZajęte miejsca na parkingu przed Progresją, elegancki tour bus na tyłach i tłumek kłębiący się przed wejściem już na wstępie zwiastowały obecność gwiazdy. W końcu Arena to licząca się formacja w progresywnym światku, więc opisane okoliczności wcale nie dziwiły. Jeśli dodamy do tego Believe, który cieszy się zasłużonym uznaniem i może poszczycić się liczną grupą fanów, jasne będzie, że ten chłodny listopadowy wieczór zapowiadał się naprawdę gorąco.

Małe zdziwienie wywołane niezbyt jednak dużą ilością osób na koncercie, ustąpiło miejsca zrozumieniu, gdy uświadomiłam sobie, że Arena przyjechała do Polski na 4 koncerty. Fani rozproszyli się pomiędzy Wrocław, Poznań, Katowice i właśnie Warszawę.

Ale, do rzeczy. Jak to zwykle bywa w Progresji podczas większych koncertów, na gwiazdy wieczoru czekała duża scena. Parę minut po 20:00 zameldował się na niej Believe. Tłum przed sceną lekko zgęstniał i zaczęło się. Tradycyjnie skupiony Przemas Zawadzki, lekko pochylony podczas gry Mirek Gil, szalejący przy klawiszach Konrad Wantrych, uśmiechnięta Satomi, potężnie nadający rytm Vlodi Tafel i Karol Wroblewski na wokalu. „No Time Inside” na początek mnie nie porwał, ale „World Is Round” i „This Bread Is Mine” z urzekającym skrzypcowym solo, już jak najbardziej tak. „And All The Roads” też wypadł pięknie. Puls sekcji dudnił w klatce piersiowej, a kolejne fantastyczne solówki Satomi i Mirka Gila zabrzmiały cudownie. Podobnie zresztą jak klawiszowo-basowy duet Wantrych-Zawadzki. I tak już było do końca w postaci „Poor King Of Sun/Return”. Zespół wyraźnie się rozgrzał, rozkręcił i dał znakomity występ tego wieczoru. Miło było ponownie zobaczyć Mirka w świetnej formie, podgrywającego Satomi, stojącego jak zwykle z boku, ale dominującego na scenie, przyjmującego zasłużone owacje od publiczności. I wszystko było na miejscu, cała ekipa Believe wypadła znakomicie, były brawa, dobrze znane, piękne art rockowe dźwięki, i tylko ja nie mogłam się otrząsnąć z myśli, że wolałabym widzieć na scenie Tomka Różyckiego. Dodam, żeby było jasne, że ani o umiejętności wokalne, ani o reminiscencje nie chodzi. Chodzi o to coś, z czym artysta się rodzi, albo nie. I już. Kto był, ten widział. Kto nie widział, niech przyjmie, że to tylko mi się zdawało.

Po krótkiej przerwie, Arena zaczęła od mocnego uderzenia. Pierwsze utwory i teatralna oprawa wprowadziły idealnie w nastrój. Neoprogresywne granie Areny trudno określić mianem postępowego, ale ich koncerty są zawsze cudowną podróżą do wstecz do korzeni. Fantastyczne melodie Nolana, „śpiewający” Fender Johna Mitchella i śpiew Paula Manzi to absolutna klasyka gatunku. Cylinder i okulary tego ostatniego, nadające mu wygląd Hrabiego Draculi, dopełniły całości w jednym z utworów.

I znów dał o sobie znać mój wielki sentyment do kompozycji Clive’a Nolana i jego klawiszowych pasaży. Bez względu na to, czy mamy do czynienia z Pendragonem, Shadowland, czy właśnie Areną, jego gra to absolutne mistrzostwo świata.

Po wstępie w postaci dobrze znanych utworów z poprzednich płyt, przyszedł czas na nowość. „What If?”, pochodzący z dostępnego przedpremierowo na koncertach albumu ” The Seventh Degree of Separation” sprawdził się w wersji koncertowej wyśmienicie. Zdecydowanie przeważały jednak starsze kompozycje, a my mogliśmy podziwiać, jak John Jowitt na basie i John Mitchell na gitarze grają do siebie, rozmawiają, udzielają się w chórkach, bawiąc się przy tym znakomicie. Tak przy okazji, gitarowe solo z delikatnym towarzyszeniem klawiszy, w którym Mitchell grał zanurzony w snopach niebieskiego światła to jeden z piękniejszych momentów tego koncertu. Podobnie jak „Valley Of The Kings”. Natychmiast stanęła mi przed oczami kaseta z lwami na okładce, na której znajdował się również tytuł „Songs From The Lions Cage” i charakterystyczne, niezmienne logo Areny. Równie pięknie wypadł „Crying For Help” z tej samej płyty.

Tymczasem na scenie zabawa trwała w najlepsze. Wszyscy muzycy sprawiali wrażenie, jakby gra przychodziła im bez najmniejszego wysiłku. Może tylko Mick Pointer, uziemiony za swoim zestawem, wyglądał nieco inaczej, ale legendarnemu bębniarzowi Marillionu, można to wybaczyć.

Z nowej płyty pojawił się jeszcze „Rapture” wpleciony pomiędzy kilka starszych utworów. Ten wspominkowo-przekrojowo-promocyjny koncert nie mógł oczywiście obejść się bez bisów. Usłyszeliśmy dwie dodatkowe kompozycje połączone ze wspólnym śpiewaniem z publicznością, która okazała się być zdaniem wokalisty – a jakże – najlepsza na trasie. I to już był naprawdę koniec. Ale warto było spędzić te kilkadziesiąt minut z Areną tego wieczoru w Progresji, aby zobaczyć Jona Jowitta /bas/, Johna Mitchella /gitary/, Paula Manzi /wokal/ i Clive’a Nolana /instrumenty klawiszowe/ w znakomitej formie – odgrywających swój neoprogresywny spektakl, ale również bawiących się wspólnie z publicznością. Był tam również Mick Pointer w… luźnych czarnych spodniach od piżamy w wielkie białe grochy.

Rockella

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s