Dekalog Marcina Waleckiego, czyli… 10. pytań do klawiszowca Joseph Magazine


I: Nie zostałbym muzykiem, gdyby nie:

Spróbuję odpowiedzieć w kolejności chronologicznej:
– rodzice, którzy kupili mi kiedyś pianino
– starsi bracia, którzy zaszczepili we mnie miłość do pięknej muzyki
– ciekawość, przez którą zacząłem samemu próbować powtórzyć to, czego słuchałem
– próżność /śmiech/, czyli chęć zaimponowania otoczeniu /śmiech/
–  wszyscy ci, którzy w niezrozumiały dla mnie sposób uznali, że chcą ze mną grać /czasem sobie myślę, że początkowo było to spowodowane deficytem klawiszowców, a ja akurat byłem pod ręką…/
– upór i wsparcie powyższych oraz  innych ważnych dla mnie ludzi.  Wielokrotnie podejmowałem decyzję, że w związku z tym, iż nie chce mi się, nie nadaję się, jestem tym zmęczony, nic z tego nie będzie, rzucam to wszystko, sprzedaję klawisze, kupuję wędkę i idę na ryby. Niestety musiałbym wtedy też zmienić tożsamość i wyjechać, bo nie zaznałbym spokoju ze strony licznego grona oburzonych. /śmiech/ Szczególnie duże zasługi ma tutaj Bartek /Socha/, który nie przyjmował do wiadomości moich deklaracji o rozstaniu z muzyką.

No i na koniec, nie robiłbym teraz tego, co robię, gdybym kiedyś nie spotkał właśnie Bartka. Owszem, być może grałbym gdzieś tam sobie do kotleta, albo pisał muzykę do szuflady, ale wątpię, czy miałbym okazję współtworzyć i realizować się w takiej muzyce, jaką zawsze chciałem grać .

II: Płyta, która wywarła na mnie największe wrażenie:

Nie ma takiej. Nie mogę powiedzieć, że jakaś płyta jest dla mnie zdecydowanie ważniejsza od innych. Od samego początku poznawania muzyki często każda kolejna płyta robiła na mnie właśnie największe wrażenie, dopóki nie posłuchałem następnej. Tak było kolejno, w trakcie jak poznawałem po kolei twórczość Pink Floyd, Genesis, Marillion, Yes, Dire Straits, Zappy, Jarre’a i innych. W dalszym ciągu raz na jakiś czas wpadam w zachwyt nad kolejną poznaną przeze mnie pozycją. Jedyna różnica pomiędzy tymi płytami, które wywarły na mnie największe wrażenie, to czas przez jaki  nie byłem w stanie przestać ich słuchać i częstotliwość późniejszych powrotów do tych płyt. Tutaj zdecydowanie wygrywa „The Lamb Lies Down on Broadway” Genesis, „Ummagumma” Pink Floyd, “Love Over Gold” Dire Straits, czy “One Size Fits All” Zappy i The Mothers of Invention. Jest takich płyt jeszcze dużo więcej, ale pewnie przypomnę sobie o nich jak tylko udzielę już odpowiedzi na to pytanie. /śmiech/

III: Wykonawca, który wpłynął na moje podejście do muzyki:

Jeżeli chodzi o klawiszowców, to jest ich dwóch: Tony Banks /Genesis/, Rick Wright /Pink Floyd/. Ich twórczość stanowiła dla mnie wyznacznik tego, jak powinno się tworzyć muzykę, jakie jest miejsce klawiszy w zespole, jak być kreatywnym i autentycznym. Banks inspirował mnie zawsze swoją umiejętnością  przekazania wspaniałej treści /piękne, przemyślane melodie/ w doskonałej formie: dokładnie tyle dźwięków i tak zagranych jak trzeba, bez niepotrzebnych popisów i lania wody /strasznie nie lubię, tak ogólnie w muzyce, sportowych popisów instrumentalistów, które nie służą niczemu innemu jak tylko pokazaniu, jak to się potrafi szybko ruszać palcami/. Wright natomiast był dla mnie geniuszem brzmienia. Potrafił wydobyć z instrumentu takie barwy, jakich nie używał nikt wcześniej. Był w stanie wyrazić tak wiele treści i uczuć w tych kilku właściwie brzmiących, właściwie umieszczonych dźwiękach jak żaden inny klawiszowiec.

IV: Koncert, którego nigdy nie zapomnę to:

Żadnego nie zapomnę. Każdy koncert, na którym jestem z jakiegoś powodu zapada w pamięć. Być może dlatego, że jako muzyk zwracam dużą uwagę na wszystkie szczegóły, analizuję to, co słyszę i widzę i później często wracam do niego pamięcią.

V: W muzyce najbardziej liczy się dla mnie:

Autentyczność – muzyka ma wypływać z serca tego, kto ją tworzy /albo odtwarza, jak to jest w przypadku muzyki klasycznej/.

Kreatywność – poszukiwanie nowych środków wyrazu, wykorzystanie czegoś, czego nikt inny jeszcze nie próbował.

Poczucie humoru i dystans do siebie – radość z jej tworzenia, chęć przekazania dobrej energii, nie zgrywanie cierpiącego na weltshmertz „artysty” z potrzebą przelania na innych swojego bólu istnienia z jednej strony , a z drugiej krwiożerczego wysłannika diabła zamierzającego zalać słuchaczy płynącym z głośnika ogniem piekielnym.

Melodia, kompozycja, gatunek, itd., są również ważne, ale bez spełnienia powyższych trzech warunków nie mają już znaczenia.

Marcin Walecki

VI: Nasze koncerty to dla mnie:

Przede wszystkim radość z grania. Uwielbiam z nimi grać i bardzo cieszę się z każdej okazji. A dodatkowo radość widząc reakcje słuchaczy. W połączeniu, obie te rzeczy nadają sens temu co robię.
Poza radością – stres, trema i ciężka praca. Nasza muzyka wymaga naprawdę wielkiego skupienia i precyzji. Ani przez chwilę nie można pozwolić sobie „odpuścić” – ciąży na nas duża odpowiedzialność przede wszystkim przed słuchaczami a także przed sobą nawzajem.

VII: Gdybym mógł, wybrałbym się w trasę koncertową z:

Genesis w oryginalnym składzie /jeszcze z Gabrielem i Hacketem/. Bo to by oznaczało, że Genesis zebrałoby się jeszcze raz w oryginalnym składzie. /śmiech/

VIII: Praca w studiu to dla mnie:

Możliwość nieskrępowanej zabawy i uczestnictwa w magii tworzenia…

IX: Mój ulubiony utwór Joseph’s Magazine to:

No wiecie ?!!?!! To tak, jakby zapytać rodzica, które dziecko kocha najbardziej. /śmiech/

X: Moje muzyczne marzenie:

Czekać za kulisami, aż pewien obecnie najbardziej znany zespół progmetalowy skończy grać support przed naszym koncertem. /śmiech/

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s