Wywiad z Bartoszem Sochą (Joseph Magazine)


Co oznacza nazwa zespołu Joseph Magazine? Jak kształtował się skład formacji? Kim są „goście” pojawiający się na debiutanckim krążku? O to i kilka innych faktów zapytaliśmy jednego z liderów zespołu – gitarzystę Bartosza Sochę. Pełny zapis wywiadu znajduje się poniżej.

Editor:  Powiedz na początek skąd się wzięła nazwa zespołu i co oznacza, jak należy ja rozumieć?

Bartosz Socha: Przekaz naszej nazwy jest bardzo istotny. Joseph symbolizuje ból i cierpienie, a Magazine otaczającą nas rzeczywistość… /śmiech/ nie no, nazwa nie oznacza totalnie nic. /śmiech/ Pracowałem kiedyś w miejscu, gdzie był wielki magazyn, którego ojcem dyrektorem był pan Józef. /śmiech/ Józek miał to do siebie, że znał prawie każdy kod kreskowy na pamięć, więc jeśli trzeba było coś załatwić zawsze wszyscy mówili: „idź na magazyn Józefa”. I stąd się to wzięło. Stwierdziłem, że to fajna nazwa dla kapeli, a że magazyn Józefa po angielsku, czyli Joseph’s Warehouse, brzmi to zbyt karkołomnie, zrobiłem to łopatologicznym sposobem i stąd nazwa Joseph Magazine. Aha… jeszcze jedno/śmiech/ – wiemy, że powinno być Joseph’s Magazine ale jest jak jest. /śmiech/

E: Autorką słów, które słyszymy na płycie jest Mirosława Socha. Zbieżność nazwisk nie jest przypadkowa?

B.S.: Nie, nie jest przypadkowa. Słowa napisała moja mama. Myślę, że są to piękne i głębokie słowa idealnie podsumowujące przekaz całej płyty. Nawiasem mówiąc, już powstają kolejne teksty na kolejne utwory, których autorką w dużej mierze również będzie moja mama. /śmiech/ Poza tym, to ona jest moim największym krytykiem. Nie masz pojęcia jaki był przesiew motywów, moich solówek i utworów na płytę. /śmiech/ „Weź to zagraj jeszcze raz, bo to brzmi jak by ci było gorzej”. /śmiech/ I tak sobie żyjemy w symbiozie. /śmiech/ Ja robię muzę, stwierdzam że jej puszczę, ona mi jedzie po rajtach, ja się na nią obrażam. Później jak się prześpię z tematem to przyznaję jej rację i poprawiam. /śmiech/  Zresztą wiesz… to ona mnie katowała metalowymi kapelami, kiedy ja byłem w zerówce i chciałem słuchać białego misia. /śmiech/

E: Tworzenie materiału na wasz debiutancki album „Night Of The Red Sky” trwało dość długo. Możesz powiedzieć jak wyglądał ten proces?

B.S.: Patrząc na to pod kątem całości, czyli muzyka, realizacja, okładka itd.,  trwało to prawie 5 lat. Płyta jest w całości wypieszczona od samego początku do końca. Nie chciałem osiągnąć „polskiego standardu” tylko poziom światowy, co myślę się udało. Zaczęło się tak naprawdę w momencie, w którym zostałem endoserem Ibaneza na Polskę za sprawą firmy Interton. Dostałem wtedy swoją pierwszą wspaniałą siódemkę, na której skomponowałem Liquid Dream. Marcin Walecki przebywał wtedy w Irlandii i nie widzieliśmy się jakiś czas ze sobą. Wysłałem mu maila z utworem, na którym była sama gitara, bas i bębny i napisałem – „wiesz co robić”. Parę miesięcy później Marcin odesłał mi zrobione klawisze do utworu w postaci takiej, w jakiej są teraz. Zawsze świetnie się dogadywaliśmy i uzupełnialiśmy z Marcinem, dlatego też nasza cała współpraca i wieloletnia przyjaźń przebiega bardzo gładko. Tak naprawdę robiliśmy sobie te utwory totalnie na luźno bez jakichkolwiek zamiarów. Po prostu robiliśmy muzykę, którą się cieszyliśmy. Utwory powstawały na mega luzie i w sporych odstępach czasowych, ponieważ nie mieliśmy nad sobą żadnego bata. Tak naprawdę około dwa lata temu stwierdziliśmy, że zrobimy z tego płytę i tak zaczęło się dopinanie wszystkich spraw na ostatni guzik. Wiesz… 7 miesięcy pracowaliśmy z Mattiasem Norenem nad okładką, więc tak naprawdę nie cały ten czas wykorzystany był na pisanie muzyki. To były bardzo dynamiczne i intensywne dwa ostatnie lata dla mnie i Marcina. Wiedzieliśmy, że chcąc zrobić to wszystko w pełni profesjonalnie będziemy potrzebowali inwestorów itd. I tak zaczęła się cała formalna jazda, która zabrała nam naprawdę sporo czasu i energii. Niejednokrotnie nie mieliśmy czasu na to, żeby przysiąść do spraw muzycznych, ponieważ trzeba było załatwiać inne tematy, bez których muzykę można sobie było wsadzić w kieszeń. Na szczęście mamy teraz świetnego managera, który odciążył mnie i Marcina we wszystkich organizacyjnych sprawach więc możemy po prostu zająć się graniem.

E: Ciekawym zabiegiem, który pojawia się w waszej muzyce jest zestawienie potężnej pracy sekcji z bardzo melodyjną gitarą i art rockowymi klawiszami.

B.S.: W zasadzie nie zastanawiałem się nad tym… Staraliśmy się robić muzykę taką, jaką zawsze chcieliśmy usłyszeć a nigdzie takowej nie było. Ja mam lekkie skrzywienie na punkcie sekcji rytmicznej, ponieważ jako dziecko chodziłem do szkoły muzycznej na bębny. W zasadzie to zacząłem grać na gitarze przypadkiem. /śmiech/ Myślę, że tak naprawdę efekt taki, a nie inny uzyskaliśmy dlatego, że ja i Marcin jesteśmy chorzy psychicznie. /śmiech/ Ja nienawidzę przypadkowości w muzyce i muszę mieć wszystko zaplanowane co do najmniejszej frazy. Marcin tak samo. Na płycie nie pojawia się praktycznie żadna gotowa barwa na klawiszach. Marcin tworzył wszystkie barwy sam, od totalnych podstaw, od totalnie prostego i surowego bip…/śmiech/ Siedział w tych wszystkich oscylatorach i syntezach granuralnych. /śmiech/ Kiedyś nawet próbował mi to wytłumaczyć, ale poddałem się. Obaj mamy skrzywienie na punkcie powielania, dlatego bardzo ciężko pracowaliśmy nad tym, żeby wszystko było w pełni nasze i autorskie.

E: Czuliście już wtedy, najpierw komponując, a później nagrywając album, że to coś wyjątkowego, że udało wam się wszystkie pomysły, które zrodziły się w głowie, zrealizować później na próbach i w studiu?

B.S.: Tak naprawdę doceniliśmy ogrom i powagę tego wszystkiego słuchając własnej płyty już w fazie finalnej. /śmiech/ Już wtedy pracowaliśmy z zespołem na próbach i wraz z resztą składu zrobiliśmy naprawdę kawał roboty grając cały materiał. W studio jak będzie – tego nie wiem. /śmiech/ Jako zespół nie weszliśmy do studia i tak będzie do drugiej płyty. „Night Of The Red Sky” powstał tylko i wyłącznie u mnie w domu i w domu Marcina. /śmiech/ Tym ciężej było opracować to wszystko z zespołem. Największe wyzwanie było dla sekcji rytmicznej, ale Rafał i Marcin poradzili sobie doskonale. To wspaniali muzycy, bardzo starannie dobrani, więc wiedzieli na co się piszą i tak naprawdę im ciężej coś zagrać tym bardziej się cieszą. /śmiech/ Po prostu basista doszył po dwa palce do ręki, a perkusista dwie dodatkowe ręce i nogi i… jakoś poszło. /śmiech/

E: Z jakimi opiniami na temat „Night Of The Red Sky” się spotykacie?

B.S.: Generalnie otrzymujemy same naprawdę bardzo pochlebne opinie. Bardzo się z tego cieszymy, ponieważ nie spodziewaliśmy się tego, że naszą płytę będą kupować ludzie nawet w Nowej Zelandii. Dosłownie ludzie z całego świata kupują płyty i piszą bardzo miłe i serdeczne maile z podziękowaniami za ten materiał. W Stanach Zjednoczonych, według jednego z największych dystrybutorów progresu na świecie Laser’s Edge, jesteśmy kandydatem do płyty roku. To dla nas naprawdę dużo znaczy, ponieważ ciężko na to wszystko pracowaliśmy. To, co nas bardzo cieszy, to naprawdę szeroka grupa wiekowa naszych fanów. Są ludzie młodzi mający 16, 17 lat, są ludzie około 30-letni, a parę dni temu dostaliśmy maila od naszego fana z Argentyny który ma 53 lata. /śmiech/ Cieszę się bardzo, że nie jesteśmy zespołem tylko dla nastolatków. To dla nas oznacza, że to, co chcieliśmy osiągnąć i to co mieliśmy na myśli tworząc ideologię całej płyty, trafia do wszystkich. Jest to jak sądzę najlepsza nagroda dla każdego, kto reprezentuje dowolną dziedzinę sztuki i ma coś do powiedzenia.

E: A jak materiał jest przyjmowany na koncertach?

B.S.: Ha, wiesz… ludzie nam nie wierzą. /śmiech/ Sporo ludzi myśli sobie – „noooo dobra, zobaczymy live” i finał jest taki, że przez pierwsze 20, 30 minut nie wiedzą co się dzieje. /śmiech/ Nie mają nawet czasu poskładać myśli i ogarnąć się w ferworze walki. /śmiech/ Ci sami sceptycy później podchodzą i mówią – „lepiej niż na płycie! Jak to możliwe?!”. /śmiech/ Wysiedzieliśmy z chłopakami trochę na próbach i okazało się, ze można /śmiech/ trzeba tylko chcieć.

E: Płytę wydaliście sami, bez wytwórni czy patronów medialnych. Takie było zamierzenie, czy też wydawcy nie dostrzegli w was komercyjnego potencjału?

B.S.: Tak naprawdę chcieliśmy zrobić nasze rozeznanie na rynku. Praktycznie dwa dni po ukazaniu się płyty napisali do nas z wyżej wymienionego Laser’s Edge, że chcą sprzedawać nasze płyty w USA. Nie możemy narzekać na brak zainteresowania. Otrzymaliśmy już parę propozycji od różnych wydawców, natomiast tak naprawdę czekamy na więcej. Nie śpieszy nam się z podpisaniem umowy, która nas zwiąże na ładnych parę lat. Wiesz… żyjemy w czasach, w których tak naprawdę jeśli masz dobry produkt i głowę na karku to nie potrzebujesz wcale wielkiego brata. Nie mniej rozważamy propozycje różnych wydawców i czekamy na odzew reszty. Nie pali się. /śmiech/

E: Trzon Joseph Magazine stanowicie ty i Marcin Walecki, a kompletowanie składu zajęło dość dużo czasu. Wiem, że wyprawa po jednego z członków wymagała od was przejechania kilkuset kilometrów…

B.S.: No tak…550 km po Rafała Brodowskiego do Tomaszowa Lubelskiego. Ale wiesz, po takiego bębniarza warto pojechać na księżyc. /śmiech/ Tak naprawdę ja, Marcin Walecki i Marcin Szadyn znamy się kupę lat, ponieważ graliśmy już kiedyś w jednym projekcie za młodzieńczych lat, który na szczęście nie wypalił. /śmiech/ Bartosz Struszczyk, fenomenalny wokalista, znalazł się praktycznie sam, co mnie zdziwiło ogromnie, ponieważ spodziewałem się, że prędzej znajdę perkusistę niż wokalistę takiego, na którym mi zależało. Rafał zgłosił się do nas, dostał najcięższą partię bębnów do zrobienia, nagrał filmik i stwierdziliśmy, że chcemy tego gościa. On za to spakował gary i ciuchy, pożegnał mamę, tatę i zgarnęliśmy go do Wrocławia. /śmiech/ W Joseph Magazine nie ma niedzielnych muzyków. Mamy ogromne parcie i determinację, żeby dotrzeć do celu. W tym zespole są ludzie nastawieni tylko i wyłącznie na granie. Udało mi się znaleźć naprawdę wspaniałych muzyków z czego jestem bardzo dumny. Do tego jesteśmy piątką dobrych przyjaciół i Joseph Magazine jest tak naprawdę rodziną. Wspieramy się i pomagamy sobie wszyscy nawzajem. Cieszymy się bardzo, że szóstym członkiem naszej rodziny stał się Piotr Pamuła, nasz manager. Człowiek, który tak naprawdę wprowadził to wszystko w ruch. Tak więc strzeżcie się!!! Joseph Magazine to prawdziwa rodzina Corleone! /śmiech/

E: A jak doszło do tego, że w waszym składzie znalazł się Bartosz Struszczyk? Z tych Struszczyków dodajmy.

B.S.: Jak już wspomniałem, to był przypadek. Zadzwonił do mnie Marcin Szadyn, wtedy jeszcze temat Joseph Magazine latał gdzieś w powietrzu, i powiedział – „Siema Bartuś, słuuuuuuuuuuchaj poznałem niezłego gościa weź go przesłuchaj bo facet daje radę”. Pomyślałem sobie, no spoko, mogę posłuchać, ale raczej sądzę, że wątpię. /śmiech/ I jasne, pojawiły się głosy, bo wiesz, to jest brat wokalisty Turbo i w ogóle. Pomyślałem sobie, no luz, to że Robert De Niro ma brata, nie znaczy, że ten też jest świetnym aktorem. /śmiech/ W pełni sceptycznie nastawiony pojechałem z Bartkiem do studia mojego znajomego i tam pierwszy raz usłyszałem jego wokal. Nie wierzyłem po prostu. /śmiech/ To było coś niesamowitego! Podesłałem nagrane próbki do Marcina Waleckiego po czym stwierdziliśmy, noooooooooo facet nie uwolnisz się tak łatwo. /śmiech/ Bartek pojawił się w momencie, w którym w zasadzie wszystkie utwory zostały skończone i wraz z Marcinem zaczęliśmy myśleć nad płytą jako całością. Zbyt wiele czasu zajęłoby przerabianie materiału, więc zrodziła się inna koncepcja i dorobiliśmy wokalizę w „Holy Land”, a Marcin napisał „Torn Piece Of The Sky”, gdzie wspólnymi siłami, na podstawie melodii opracowanej przez Bartka, zrobiliśmy wokale. Cieszymy się bardzo z tego, że między nami jest jedna myśl i Bartosz akceptuje i podziela z nami tę wizję i formę tej konkretnej płyty. Sporo ludzi próbuje nam go podebrać natomiast Bartek pozostaje obojętny, ponieważ wie, jaki jest jego priorytet i to jest piękne.

E: Ten zestaw to jak rozumiem skład trwały i optymalny, bo wiem, że istotna rzeczą dla ciebie był aspekt technicznych umiejętności poszczególnych członków?

B.S.: Nie wyobrażam sobie grać z kimkolwiek innym w Joseph Magazine. /śmiech/ Jasne, jeśli Marcin jeden albo drugi nagle stwierdzi, że woli realizować się zbierając znaczki, albo łowiąc ryby, to nikt nie będzie stał im na drodze do szczęścia, choć dyskusje w tym temacie byłyby bardzo długie i zażyłe. Jesteśmy ekipą naprawdę dobrych przyjaciół i to również odgrywa bardzo duże znaczenie, jeśli chodzi o skład. Każdy zna swoje priorytety i każdy z nas ciągle dąży do większych efektów instrumentalnych. Wiesz… nie da się zagrać tego materiału z ludźmi, którzy nie wiedzą, do czego służą instrumenty. Nie liczy się dla mnie kto ile lat gra, tylko co sobą reprezentuje. Rafał Brodowski gra na bębnach tak naprawdę 4 lata! /śmiech/ Wcześniej coś tam grał, ale stwierdził później, że zajmie się hip hopem, po czym, po chyba 7 latach, dokładnie nie pamiętam, wrócił do grania na bębnach. Bartek śpiewa niespełna półtora roku, a Marcin Szadyn był dla mnie zawsze idealnym basistą z tego względu, że to jest facet, dla którego to wszystko, co dla innych jest wyzwaniem, to dla niego to jest luz. /śmiech/ Siada i robi, nie płacze, nie narzeka. O głosie Bartka już wspominałem, natomiast, co się tyczy Marcina Waleckiego, to ja osobiście nie wyobrażam sobie nikogo innego. To jest człowiek, który myśli totalnie pod prąd w formach klawiszowych, świetny instrumentalista i czasem nawet wizjoner! /śmiech/

E: Możesz jeszcze przedstawić „gości”, którzy „wokalnie” pojawiają się na płycie? Szczególnie słowa wypowiadane przez Jiddu Krishnamurti świetnie wpisują się w charakter „Holy Land”.

B.S.: Z gości są cytowany Krishnamurti i Bill Hicks. Wspaniali ludzie, którzy już niestety nie żyją. Obaj mieli piękną filozofię życiową i przesłanie, a takich ludzi brakuje. Ja zawsze szukałem innej opcji niż ta ogólnie przyjęta. Tak trafiałem i trafiam nadal na różnych filozofów i inne punkty widzenia. Krzysztof Chytla jest moim bardzo dobrym znajomym, który nie jest ani muzykiem, ani wokalistą. Jest pasjonatem, a że ma fajny głos, to poprosiłem go o udzielenie głosu w utworze „Vision”.

E: Zagraliście dwa koncerty we Wrocławiu. Macie w planach coś więcej?

B.S.: Oczywiście. Na chwilę obecną wiadomo już, że zagramy w radio PiK w Bydgoszczy /koncert odbył się 28 października/, później Opole, znowu Wrocław, itd. Małymi kroczkami dookoła globu, mam nadzieję. /śmiech/

E: Na koniec zapytam cię najprościej jak można – co dalej? Koncerty, to już wiemy, promocja, nowy materiał, kontrakt z wytwórnią? Jak widzisz kolejne etapy działalności Joseph Magazine?

B.S.: Nowy materiał z całą pewnością. Zamierzamy się za niego zabrać w 2012 roku. Promocja postępuje coraz bardziej, a nad wydawcą się zastanawiamy, więc jest naprawdę nieźle. Jest już solidny koncept na drugą płytę. Cały zamysł i ideologia, w których naprawdę wysoko stawiamy sobie poprzeczkę. Myślę, że sama koncepcja płyty odbije się sporym echem, ponieważ jest to coś, czego jeszcze nie było. Co do treści muzycznej, to wszystko w swoim czasie. Chcemy najpierw nacieszyć się naszym debiutem. /śmiech/

E: Trzymam kciuki i życzę ci, żeby nie zabrakło wam wytrwałości.

B.S.: Dzięki serdeczne! Joseph zawsze walczy do końca. /śmiech/ Nie ma lipy! /śmiech/

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s