Relacja Lebowski – Alchemia, Warszawa 19.11.2011


W ostatnią sobotę, po koncertach we Wrocławiu, Raciborzu i Łodzi, czerwona łódź pod banderą zespołu Lebowski, zawinęła do Warszawy. W sali Kina Alchemia zjawiła się taka ilość osób, którą trudno byłoby uznać za rekord frekwencji, ale za to wszyscy bez wyjątku pojawili się z przekonaniem, że będzie to wyjątkowy wieczór. Debiutancki album Szczecinian „Cinematic” ukazał się w październiku 2010 roku, więc głód związany z możliwością zobaczenia na żywo ubiegłorocznego niekwestionowanego objawienia na polskiej scenie progresywnej zrobił swoje.

Koncert rozpoczął się z opóźnieniem wywołanym problemami technicznymi, ale to, co wydarzyło się później, zrekompensowało oczekiwanie i wszystkie niedogodności.

Marcin Grzegorczyk, Marcin Łuczaj, Marek Żak i Krzysztof Pakuła byli tego dnia w świetnej formie. Czarowali ze sceny swoją muzyką i wyświetlanymi w tle obrazami. Tańczący derwisze kontrastowali z czołgami i atomowym grzybem, a muzyka, tak pięknie jak na płycie, płynęła niezmącona. Jeśli ktoś widział Lebowski na żywo, już to wie, jeśli jeszcze nie miał tej okazji, spieszę donieść, że obecność zespołu na scenie jest dość statyczna. Dzięki temu cała uwaga słuchaczy skupiona jest na muzyce i filmowych ilustracjach. Choć nie ukrywam, że obserwowanie na przykład sprawności technicznej perkusisty to duża przyjemność.

Ten koncert miał kilka wyjątkowych momentów. Z pewnością jednym z nich był utwór tytułowy z debiutanckiej płyty. „Cinematic” pojawił się w brawurowym wykonaniu, a na ekranie mogliśmy zobaczyć twarze polskich aktorów ze Zbyszkiem Cybulskim na czele oraz czerwoną łódeczkę przemierzającą filmowe przestrzenie.

Czteroutworowy set otwierający koncert, składający się ze znanych utworów, zakończyło wykonanie „Iceland”. Po nim Lebowski przedstawił nową kompozycję i jeśli w tym kierunku zespół pójdzie na drugiej płycie, wróżę kolejny sukces.

Następnym wyjątkowym fragmentem tego wieczoru, było wykonanie utworu „Encore”. Ilość emocji tkwiąca w tej piosence, została na żywo bajecznie zwielokrotniona.

Kolejny nowy utwór, jeszcze bez tytułu, to kolejna piękna piosenka. W tych nowych utworach wyraźniej do głosu dochodzą gitary, są głośniejsze, dynamiczniejsze, po prostu bardziej rockowe. Jakby muzycy nabrali pewności siebie, przekonali się, że ich twórczość pada na podatny grunt i odważnie postanowili zbadać nowe muzyczne rejony.

Kolejnym wyjątkowym momentem tego wyjątkowego wieczoru, był utwór, który usłyszeliśmy na finał zasadniczej części koncertu. Pełen energii, zawrotnego tempa, ale i rytmicznych zmian. Na bis jeszcze „Midnight Syndrome”, po nim „Human Error” i to już naprawdę był koniec.

Podczas tego koncertu znalazłem odpowiedzi na dwa pytania, które nurtowały mnie po zapoznaniu się z materiałem z „Cinematica”. Po pierwsze, grupa świetnie radzi sobie bez wokalisty. Ich muzyka jest tak emocjonalna, a zarazem tak plastyczna, że świetnie samodzielnie wypełnia całą przestrzeń podczas występów na żywo. Po drugie, zespół absolutnie nie zabrnął w żadną filmową ślepą uliczkę. Odniosłem wrażenie, że nowymi, oryginalnymi pomysłami sypie jak z rękawa, a wszystkie one są udane. Jak zapewniał mnie Marcin Grzegorczyk po koncercie, płyty „Cinematic 2” na pewno nie będzie.

Mam nadzieję, że Lebowski wystąpi jeszcze kiedyś w Warszawie. W większej, lepiej nagłośnionej sali, dla tłumów rozentuzjazmowanej publiczności. Ich muzyka i oni sami na to zdecydowanie zasługują.

Editor

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s