Wywiad z Piotrem Roguckim (Coma)


Piotr_Rogucki„Jesteśmy wyznawcami teorii sztuka dla ludzi

Pretekstem do spotkania z Piotrem Roguckim było wydanie nowej płyty Comy. Rozmowa dotyczyła więc tekstów, muzyki, koncertów i czerwonej oprawy albumu. Ale nie tylko. Wokalista Comy opowiedział o złożonych relacjach fani-zespół, o tym, co jest, a co nie jest „comowe”, aktorskiej działalności i własnej wizji udziału artystów w życiu publicznym w kontekście niedawnych wyborów. Zapraszamy do lektury tej ciekawej rozmowy.

Editor: Na początek chciałem cię zapytać, czy brałeś udział w wyborach?

Piotr Rogucki: Oczywiście, absolutnie tak.

E: Pytam o to dlatego, że w dzień wyborów, pojawiło się na waszym profilu na Facebook’u, ni stąd ni zowąd, rzucone hasło: WYBORY!!! Wiecie co robić. I wywołało to dyskusję od uwag typu „po co Coma miesza się do polityki”, przez „spełnijmy nasz obowiązek”, aż po „nie wierzę skurwysynom”. Ale pokazuje to jedno – że wasz głos się liczy. Czujecie, że macie na to wpływ, że oddziałujecie na ludzi również w tych kwestiach?

P.R.: W takich kwestiach, zawsze tak uważałem, staramy się nie wypowiadać. Wiem, że polscy artyści często opowiadają się za jakimiś frakcjami politycznymi, że często zajmują stanowisko w związku z aktualną sytuacją polityczną, szczególnie przed wyborami dają do zrozumienia, że robią coś, albo nie robią czegoś. Tak było w przypadku Muńka czy Kazika przed tymi wyborami, którzy zadeklarowali, że do wyborów nie idą. Tak było dwie kadencje temu, kiedy Kazik Staszewski zadeklarował, że będzie głosował na PiS. Tak ja staram się tych tematów nie poruszać, ponieważ nie jest to moją domeną. Wiem, że, ponieważ mamy, nie wiem jaki, być może ograniczony, ale jednak jakiś wpływ na ludzi, nie chciałbym sugerować im tego, co sami powinni wiedzieć. Jeżeli moje zdanie może mieć na kogoś wpływ, to ja nie użyję tego wpływu, żeby powiedzieć mu na kogo ma głosować, tylko, że powinien głosować, jako obywatel tego kraju, jako członek tego państwa, bez względu na to, co myśli o politykach. Jeżeli ktoś nie idzie na wybory, to nie dlatego, że nie wierzy politykom, tylko dlatego, że się nie orientuje w tym, co może dana partia zaproponować i tyle. Jest zbyt leniwy, albo ten temat w ogóle go nie interesuje, ale jeśli go nie interesuje, to później nie powinien mieć prawa, aby narzekać.

E: Nie spodziewałem się, że powiesz, tak, oczywiście, planujemy karierę polityczną, bo wiemy, że mamy słuchalność, ale zastanawia mnie, czy mając tę świadomość, że ludzie was słuchają i wasze jedno słowo rzucone ot tak, może ludziom coś zasugerować…

P.R.: Naszym zadaniem, nie tylko w tym przypadku, takim typowo socjologicznym, ale również w przypadku naszych działań dotyczących warstwy artystycznej, czyli kwestii tego, o czym mówimy w naszych piosenkach, jest zostawić drzwi otwarte, dać prawo interpretacji, zrozumienia i dopowiedzenia całej sytuacji naszym słuchaczom. To jest wolność wyboru, wolność komunikacji, zaufanie wspólnej rozmowy. Oczywiście nie wszyscy na tym poziomie z nami dyskutują, niektórym wystarczy wypocić się na koncercie, ale ci, którzy liczą się z tego typu sposobem komunikacji, doceniają to. Wiem to, bo rozmawiam z fanami czasem.

E: Teraz już jesteśmy po wyborach, ukazała się płyta. Chciałem zapytać o wasze posunięcie w związku z brakiem tytułu. Zawsze w waszym przypadku tytuł niósł dodatkowe przesłanie. Natomiast tym razem zdecydowaliście się…

P.R.: Ja bym to raczej nazwał brakiem posunięcia, niż posunięciem. To jest kontynuacja tej otwartej furtki. Nie chcieliśmy stawiać kropki nad i, nie chcieliśmy dopowiadać albo sugerować czegoś do końca. Chcieliśmy pozostawić pole do interpretacji naszym słuchaczom, a poza tym nie mieliśmy pomysłu, jak tę płytę nazwać. Wszystko, co chcieliśmy użyć było zbyt sugestywne, albo nieadekwatne do tego, co mieliśmy do zaproponowania. W związku z tym zdecydowaliśmy się podjąć takie działanie, które jest dla nas nowym wyzwaniem, ale jednocześnie kontynuacją naszych działań parateatralnych, czyli odniesieniem się do warstwy wizualnej – postawienie kropki nad i, ale w postaci koloru. Zrobiliśmy tak, ponieważ mieliśmy czas, żeby przygotować taką akcję, czyli, żeby konsekwentnie zrealizować pomysł koloru w przypadku tego albumu. Kolor znajduje się zarówno na okładce, sesjach fotograficznych, plakatach, biletach, stronie internetowej, w teledysku, jak i na koncertach, które teraz promują album.

E: Czerwień sama już jako kolor niesie przekaz. Na płycie pojawiają się odniesienia do krwi.

P.R.: Tak, właśnie w związku z tym kolorem. Zarówno „0Rh+”, jak i „Rudy” są utworami, które bezpośrednio mają się odnieść do koloru dominującego na tej płycie. Zresztą często wspominam o kolorach na tym albumie, czerwonym również. Generalnie ten album ma swoją koncepcję podskórną – podskórną koncepcją tego albumu jest paliwo. Paliwo napędzające nasze życie, dostęp do tego paliwa, albo brak dostępu do paliwa, albo zaburzenia związane z brakiem lub nadmiarem posiadanego paliwa. „0Rh+” to jest opowieść bezpośrednio o samym paliwie, oda do krwi, do paliwa zasilającego nasze mózgi, serca, tym wypadku również wyobraźnię. Czerwień też jest paliwem tego albumu, która podskórnie tam pulsuje. To są kawałki o energii, skompresowane do maksimum możliwości, one doskonale sprawdzają się na scenie i dostarczają na również takiego paliwa. To jest w ogóle fajny eksperyment, że my przedstawiamy cały materiał z albumu na koncertach i, że to działa. Z myślą o tym robiliśmy też ten materiał.

E: Kto jest odpowiedzialny za okładkę, za tę całą czerwoną oprawę?

P.R.: My, zespół. Myśmy wpadli na ten pomysł i później konsekwentnie go realizowaliśmy. Mieliśmy na tyle dużo czasu, bo na tyle wcześnie zaczęliśmy pracę nad tym albumem, że były chyba trzy propozycje okładki. Była też propozycja sesji fotograficznej, którą wymyślił Albert Pabijanek, nasz nadworny fotografik z Łodzi, kolega z harcerstwa jeszcze. Bardzo zdolny chłopak. Wszystkie zdjęcia są jego autorstwa, okładka, fotki w środku płyty. Postanowiliśmy zrobić z nim czerwoną sesję, która okazała się na tyle udana, że stwierdziliśmy, że będziemy ją kontynuować i eksploatować tam, gdzie się tylko da, czyli, tak jak powiedziałem, w teledysku, na okładce i na trasie koncertowej. Dzięki temu mamy bardzo wyraźny, odróżniający ten album od innych wizualny przekaz, którego nie mieliśmy wcześniej. Mógłbym to nawet nazwać, używając współczesnego języka i określić bardzo brzydkim słowem image.

E: Co dokładnie pojawia się na koncertach z tej czerwonej oprawy?

P.R.: Podjęliśmy takie ryzyko, że na koncertach gramy dwa sety. Na pierwszym secie gramy spektakl, widowisko oparte na „Czerwonym” albumie. Jest to godzinny set, czyli odtwarzamy wszystkie utwory z tego albumu w specjalnej scenografii, z mini działaniami parateatralnymi, dużą dozą energii i charakteryzacją, która jest też widoczna na okładce czy na teledysku. Opinie są bardzo dobre, bardzo fajnie się to sprawdza, na ludziach robi to dobre wrażenie. Na tyle fajnie przemyślana jest dynamika tego koncertu, że się nie nudzi, nie wychodzą po 15 minutach.

E: To odważne posunięcie, bo niedawno byłem na koncercie promocyjnym nowej płyty pewnego zespołu, który z nowej płyty, z bodaj jedenastu utworów, zagrał dwa. A wy gracie całość?

P.R.: Całość. I się sprawdza. I jest to o tyle fajne, bo potwierdza nasze…

E: …wierzycie mocno w ten materiał…

P.R.: …ten materiał był tak programowany. Myśmy go tworzyli z myślą o tym, że on będzie grany na koncertach. Dlatego formy są tak skompresowane, dlatego jest taka dynamika w całym układzie albumu, bo wiedzieliśmy, że chcemy go w całości wystawiać na scenie. Sukces tej pierwszej części, tylko potwierdza nasze domniemania. I to jest super.

Podjęliśmy taką samą próbę z „Hipertrofią”, czyli poprzednim albumem. Dwa razy zagraliśmy go w Warszawie w całości i było to nie do zniesienia. /śmiech/ Było nam bardzo trudno przebrnąć przez ten dwugodzinny materiał i równie ciężko było publiczności.

E: Zostając jeszcze przy temacie koncertów. Wy nigdy nie koncertowaliście mało, gracie dosyć regularnie, dużo…

P.R.: Ten rok jest takim najbardziej ubogim w koncertowanie rokiem, ale chyba nie tylko naszym. 50. koncertów.

E: 50. koncertów to też nie jest mało.

P.R.: Nie jest, nie jest mało jak na polski rockowy zespół.

E: A wliczasz w to swoje solowe koncerty?

P.R.: 10. solowych nie wliczam.

E: Czyli w twoim przypadku było ich więcej. Zmierzam do tego, aby zapytać, jakim elementem całości są dla was koncerty?

P.R.: Wszystko, dla nas koncerty to jest wszystko. To jest nasz sposób na życie, nasz sposób funkcjonowania w świadomości fanów, nasz sposób kontaktu z fanami.

E: Czyli praca w studiu, nagranie płyty, wydanie jej, to tak naprawdę tylko środek do celu, którym są koncerty?

P.R.: Preludium. Dopiero podczas kontaktu z ludźmi możemy potwierdzić, gdzie my w ogóle jesteśmy,  kim my w ogóle jesteśmy, co my jeszcze dla ludzi stanowimy. Rzadko się ktoś o nas wypowiada w mediach…

E: Co masz na myśli?

P.R.: Na przykład recenzje. Bardzo rzadko pojawiają się recenzje, choćby ostatniej płyty. Jeżeli już, są to recenzje w mniej istotnych, amatorskich portalach, gdzie wypowiadają się dzieciaki, bo założyły sobie portal i chcą coś napisać. Pojawiają się recenzje na blogach. Natomiast w portalach muzycznych pojawiamy się bardzo rzadko, dlatego gramy koncerty na tyle często, na ile się da, ponieważ nie jesteśmy w stanie – patrząc na to, co o nas piszą – zweryfikować tego, co myśmy tak naprawdę zrobili. A to jest bardzo ważne, żebyśmy mieli potwierdzenie sytuacji, którą właśnie wykonaliśmy, co to właściwie dla ludzi znaczy, to właśnie uzyskujemy dzięki koncertom, nauczyliśmy się pracować bez mediów w bezpośrednim kontakcie: zespół – fani, otrzymujemy wszystko na czym nam zależy.

E: Czyli nie jesteście wyznawcami filozofii „sztuka dla sztuki”?

P.R.: Nie, jesteśmy wyznawcami teorii „sztuka dla ludzi”. Dlatego jedynym źródłem potwierdzenia tego, co robimy, jest zagranie koncertu i sprawdzenie, jak to funkcjonuje na bazie kontaktu człowieka z człowiekiem. Innego sposobu nie znamy.

E: A jakieś zagraniczne działania koncertowe planujecie…

P.R.: Zaczynamy od koncertu w styczniu na Targach MIDEM we Francji…

E: …bo kiedyś powiedziałeś, że „nie liczysz na zagraniczny boom na Comę”, ale z drugiej strony wydaliście płytę anglojęzyczną, czyli jakieś plany ekspansji były?

P.R.: Perspektywy po prostu. W celu przeżycia przygody, w celu nabrania oddechu, w celu odświeżenia sobie umysłów. Fajnie by było po prostu zagrać trochę koncertów zagranicą. No nie fajnie by było? /śmiech/ Jakieś festiwale, nawet o 12 w południe, nie ma sprawy. Tylko żeby sprawdzić się… To byłoby takie czyste doznanie. Wychodzisz na scenę, gdzie nikt cię nie zna, zaczynasz grać muzę i patrzysz jak ludzie reagują. Jeżeli się sprawdza, to oni reagują jak ty tego chcesz, jak sobie życzysz. To jest kwintesencja tego, co można zrobić z muzyką rockową. I my możemy tego dostąpić i bardzo byśmy chcieli, żeby tak się stało w przyszłym roku. Będziemy wydawać tę płytę po angielsku. Ona zresztą notabene najpierw została napisana po angielsku.

E: Tę kwestię chciałem właśnie poruszyć, bo takim naturalnym krokiem po wydaniu „Excess” i zapowiedziach rozszerzenia działalności poza Polskę, byłoby wydanie płyty po angielsku. A tu najpierw mieliśmy twoją solową płytę, a teraz…

P.R.: „Loki” był w procesie tworzenia zanim zaczęły się nagrania na „Excess”. Natomiast faktem jest, że ta płyta najpierw powstała po angielsku. Teksty są zupełnie inne.

E: To kolejna rzecz, o którą chciałem cię zapytać. Powiedziałeś, że zanim powstała „Excess”, już była praca nad historią Lokiego. Mnie ciekawi, kiedy pracujecie nad muzyką, kiedy macie na to czas? Patrząc na wasz harmonogram wydawniczy, na ilość wydawanych w ostatnim czasie płyt, na ilość koncertów, ciężko byłoby się wyrobić. Dużo czasu zajęło wam nagranie tej płyty?  

P.R.: Nagranie zajęło dosyć dużo, bo siedzieliśmy w studio od początku lutego, praktycznie do końca sierpnia.

E: A komponowanie?

P.R.: Komponowanie zajęło nam 2 tygodnie. /śmiech/

E: 2 tygodnie?

P.R.: W sumie tak. To jest proste tak naprawdę. Bo to nie polega na tym, że masz spędzać godziny w sali prób i ulepszać, ulepszać. My jesteśmy takiego „wyznania”, że jeśli coś się spodoba od pierwszego momentu, to to robimy, jeżeli nie zatrybi to wypieprzamy. Jeśli pół roku wcześniej planujesz wyjazd z zespołem, to wszystkie siły twojego umysłu pracują na to, żeby w ciągu tych dwóch tygodni, które zaplanowałeś, zrobić coś, co będzie można wydać w postaci płyty pół roku później. To nie jest tak, że my jedziemy na 2 tygodnie i z powietrza wymyślamy 12 kawałków. Planujemy to rok, albo pół roku wcześniej i przystosowujemy swoje mózgi do tego momentu, w którym będziemy zaczynali tworzyć. Każdy z nas się nastawia. Jeżeli ten moment jest wyznaczony za wcześnie, to nic z tego nie wyjdzie. Natomiast wyjeżdżamy na 2 tygodnie na wieś i tam pracujemy, ale wcześniej, przez rok, czy przez pół roku, przygotowujemy się na to, że będziemy tworzyć. I to jest bardzo ważne, taka higiena pracy. Chłopaki przygotowują jakieś riffy, jakieś szczątki utworów, które zabierają ze sobą. I albo z tego powstają jakieś numery, albo nie, ale wiadomo po co wyjeżdżamy. Po to żeby zrobić płytę i tyle. Tak jest już drugi raz i to się sprawdza.

E: Chciałem jeszcze porozmawiać z tobą o tekstach, bo to zawsze była mocna strona waszych płyt. Pierwszy numer, który zrobił na mnie wrażenie, to „Deszczowa piosenka”. Taka trochę patriotyczna, łódzka…

P.R.: Lokalnie patriotyczna.

E: …ale, czy to nie jest tak, że taka ulica Fabryczna, o której śpiewasz jest  wielu miejscach w Polsce?

P.R.: Właśnie z tym się spotykamy, jak jeździmy po Polsce. Kiedy rozmawiam z fanami, czy z ludźmi, którzy interesują się tą płytą, mówią „Stary, doskonale rozumiem tę piosenkę i uwielbiam ją, bo w moim mieście też jest taka ulica”. To jest super, ale Polska generalnie kojarzy się z takimi miejscami. Zresztą nie tylko Polska. W każdym kraju są takie zakątki, gdzie „w bramach czai się zło”. /śmiech/ „Czarne chmury nad głową okrągły rok”. Każdy z nas o tych miejscach wie i ma do nich dostęp.

E: Z kolei do napisania „Gwiazdozbiorów” inspirację znalazłeś chyba w tak zwanych talent show?

P.R.: Dokładnie. To jest rozliczenie z takiego tematu, w którym kierunku zmierza polska kultura, czy to jest kierunek właściwy i dokąd nas to wszystko zaprowadzi. Eksploatowanie utalentowanych ludzi, którzy wkraczają na płaszczyznę powierzchownego używania własnego talentu.

E: Z drugiej strony sam jesteś jurorem w „Make More Music”. Tam jest inna formuła, że się w to zaangażowałeś?

P.R.: Tak. Tam gwiazdami nie są jurorzy, tylko zespoły, które dostają szansę wydania płyty. Poza tym są to zespoły grające swój materiał, a nie odgrywające kawałki innych. I tyle. Poza tym wpływ na to mają internauci, którzy naszymi wypowiedziami sugerują się w drugiej kolejności. Najpierw słuchają muzyki. My właściwie jesteśmy tam nadzorcami, a nie jurorami. Jest to bardziej uczciwa forma niż ta telewizyjna, gdzie gwiazdami są jurorzy, a nie uczestnicy, a jeżeli uczestnicy, to przez jeden sezon. A poza tym ja za ten konkurs nie biorę żadnego wynagrodzenia. To jest raczej posłannictwo niż chęć dorobienia się cudzym kosztem.

E: Wracając do tekstów. Moją uwagę zwrócił jeszcze numer „Jutro”. Odbieram go jako rozważania nad ulotnością wszystkiego, z tym, że konstatacja jest taka, że w życiu należy się skupić właśnie na tych ulotnych momentach.

P.R.: Wspaniale! /śmiech/ Cieszę się, że to zrozumiałeś, bo nie wszyscy kapują, co ja mam do powiedzenia, ale na szczęście zdarza się spotkać ludzi, którzy wiedzą o co chodzi.
No tak, to jest wspaniałe, to jest akceptacja przemijalności i odchodzenia, umierania po prostu. To jest jednak element życia. Ja go zaakceptowałem i wydaje mi się wspaniałym. Nostalgia, która przy tym się pojawia, od której niektórzy się odżegnują próbując żyć tu i teraz gwałtownymi zrywami. Jednak nie da się od tego uciec. Ja wolałbym być przygotowany i w pełni konsumować swoje życie, razem z momentem obumierania i umierania, bo jest to element życia, który jest piękny. Ja znajduję piękno w sensie istnienia i opisuję to często, tak często jak mogę. Na różny sposób.

E: Jeszcze chciałem cię zapytać o chory sad, o którym śpiewasz. Co miałeś na myśli, bo to jest piosenka, która pozostawia bardzo otwartą formułę?

P.R.: Tak, ta piosenka jest dosyć symboliczna. Natomiast bezpośrednim pomysłem, była chęć odwiedzenia swojego zgniłego jabłka we wnętrzu, które znajduje się w każdym człowieku. Chwila, w której przerażasz się zła, które w tobie istnieje. Wchodzisz do martwego ogrodu, po którym przechadza się diabeł i lepiej, żebyś zostawił uchyloną furtkę i jeszcze w dodatku zrobił znak w powietrzu, żebyś tego zła nie przywlókł ze sobą z powrotem. Balansowanie na granicy dobra i zła, moje rozstanie z tematem eksplorowania terenów szatańskich /śmiech/, który miał miejsce na „Zaprzepaszczonych…”.

E: A kim jest „Angela”? To autentyczna postać?

P.R.: Można powiedzieć, że autentyczna, bo zainspirowana wiadomościami telewizyjnymi. Usłyszałem informację o kolesiu, który zarżnął swoją byłą dziewczynę i dwóch jej kolegów przy ognisku, gdzie ona spędzała czas tydzień po tym, jak powiedziała mu, że już z nim nie jest. Nie była to torebka foliowa, był to nóż, ale historia zainspirowała mnie do napisania tych słów.

E: Natomiast po kilkunastokrotnym przesłuchaniu płyty, mój zdecydowanie ulubiony numer to „Los Cebula I
Krokodyle Łzy”. Przy tej okazji chciałem cię zapytać o następującą rzecz. To już kolejny utwór, w którym udaje ci się przemycić takie słowa, które ani nie są medialne, ani nie są rockowe. Do tej pory były „pomarańcze”, był „sok”.

P.R.: /śmiech/ Nie zwróciłem na to uwagi.

E: Nagle wśród tego rockowego tekstu, który ma swoje drugie dno, czy też otwartą formułę, pojawiają się słowa zupełnie codzienne, które zwykle w tekstach piosenek się nie pojawiają. U ciebie jest „sok”, u ciebie jest „kubek”, „cebula”.

P.R.: W Lokim była jeszcze kiełbasa i kanapki z polędwicą.

E: Kiełbasa była również na „Pierwszym wyjściu z mroku”.

P.R.: Chyba szukam swojego języka wypowiedzi. Staram się wchodzić w prostotę, która najbardziej widoczna jest na „Czerwonym” albumie, żeby nie pisać traktatów filozoficznych, tylko mówić o tej filozofii, ale w ujęciu codziennym. To jest najbardziej przystępne i chyba najbardziej szlachetne. Poprzez drobiazgi umieć mówić o rzeczach niedostępnych na co dzień, albo wyższych, ważnych.

Mam też swoich Mistrzów, których staram się naśladować. Nie mówię o stylu, ale o formach dostępu do tej wyższej rzeczywistości, którą na przykład miał Różewicz w swoich tekstach. Bardzo prostych, pozbawionych jakiejkolwiek poetyckości. Staram się mówić pięknie, jak mówił Miłosz, używać rzeczy emocjonalnych, jak Wojaczek, a jednocześnie błyskotliwych, jak Bursa. Każdy kogo kiedyś przeczytałem miał wpływ na mnie… Szukam swojego stylu.

E: „Los Cebula…” i singlowy „Na Pół” to utwory poruszające temat codzienności. Dobrze czujesz się w takiej roli kronikarza, obserwatora? Lubisz oglądać otaczającą rzeczywistość, ludzi?

P.R.: To jest pierwsze takie bardzo radykalne i świadome podejście do tego typu estetyki i użycie tego typu narzędzi. Zrobiłem to świadomie… Powiem ci szczerze, że dokładnie przewidziałem, jakie będą reakcje ludzi po wydaniu tego singla. Wiedziałem, jakie będą narzekania, jak będą traktowali nas fani, którzy oczekiwali kontynuacji „Hipertrofii” i nic mnie nie zaskoczyło. Z przyjemnością obserwowałem tę kłótnię, tę wrzawę, to wylewanie na nas pomyj. To było dla mnie dziwne, socjologiczne zjawisko. Bawiłem się przy tym doskonale, bo wiedziałem, że to są ludzie małej wiary, ci, którzy się tak burzą strasznie. Natomiast ci, którzy poczekali chwilę dłużej, nie ferowali wyroków przed premierą płyty, myślę, że się nie rozczarowali.

E: Kiedy wybieraliście numer na singiel, to nie miałeś takiego pomysłu, żeby zrobić sobie żart?

P.R.: Nie.

E: Ten numer nie jest typowy…

P.R.: Ale ten numer nie jest żartem.

E: Chodzi mi o wybór na singiel. „Na Pół” nie jest sztandarowym przedstawicielem tej płyty.

P.R.: Tak naprawdę, nic by nie było sztandarowym przedstawicielem płyty, któregokolwiek utworu byś nie wybrał. „Angela” nie będzie sztandarowa, bo będzie się wydawała zbyt agresywna…

E: Wybraliście jednak dość skrajnie. To był wasz wybór?

P.R.: To był wspólny wybór, nasz i Eski Rock. Eska Rock jest patronem medialnym tego albumu i jest to właściwie jedyne radio, które nas puszcza z radiostacji o szerszym zasięgu.

E: A „Trójka”? Jesteście na Liście.

P.R.: „Trójka” nas nie puszcza, jesteśmy tylko na Liście u Barona z czego się bardzo cieszymy, choć jest to odtworzenie tylko raz w tygodniu. To nie jest tak, jak w przypadku Eski Rock.

Pogadaliśmy więc z nimi, co by tu zrobić, żeby przygotować pierwsze uderzenie. My bardzo lubimy ten kawałek, wiemy jaką pełni funkcję w kontekście całej płyty, bo my znaliśmy całą płytę. Publiczność, która nie znała całej płyty mogła rzeczywiście odebrać to emocjonalnie, jako kontrowersyjną decyzję i tak też się stało. Ale nie robiliśmy specjalnych zabiegów, żeby sobie z ludzi jaja robić. Po prostu taki był wybór, taka była reakcja ludzi i tyle. Nie było w tym wyrachowanej gry, bo nie wiem, co mielibyśmy przez to zyskać. Raczej moglibyśmy coś stracić.

E: Ja założyłem, że „Na Pół” jest taką odskocznią na tej płycie, bo na każdej waszej płycie pojawia się taka odskocznia. Raz jest to numer „Zbyszek”…

P.R.: … albo „Skaczemy”, albo „Emigracja” w przypadku „Hipertrofii”. Ale „Na Pół” nie jest odskocznią. Jest pokazaniem nowego spojrzenia na nas samych.

E: Mówisz o muzyce, czy o słowach?

P.R.: Mówię o koncepcji albumu. Cały ten album odróżnia się od innych w tych wszystkich rzeczach, o których wcześniej rozmawialiśmy. W konstrukcji utworów, która jest bardziej skompresowana, w brzmieniu utworów, które jest znacznie bardziej oszczędne, w formie tekstów i ich estetyce. To był taki wyraźny znak dla publiczności, że będzie inaczej, żeby się przygotowali. To było takie pytanie, czy jesteście gotowi nam zaufać. Wielu okazało się nie gotowych. /śmiech/

E: W tej koncepcji, ten numer się sprawdził.

P.R.: To było rzucone hasło, poczekajcie chwilę i sprawdźcie, ale również sygnał, że będzie inaczej.
Przeczytałem artykuł w „Gitarzyście”, gdzie jest napisane, że jest tak samo, jak było, a jednocześnie mają do nas pretensje, że jest zupełnie inaczej, więc ja chciałem zaznaczyć, że nie jest tak, jak było. Jest inaczej. Jeżeli macie o to pretensje, to miejcie, ale fajnie jest zauważyć, że jest inaczej, że zrobiliśmy to z premedytacją, świadomie, żeby rozluźnić się trochę, mieć szersze pole działania, więcej narzędzi do dyspozycji przy naszych dalszych pracach. To jest super uczucie, mimo że wielu ludzi się rozczarowało, ale to mi się też podobało.

E: Zostali tylko najwierniejsi.

P.R.: Nie, zostali ci, którzy mają najbardziej otwarte umysły. Ci, którzy się uważali za najwierniejszych, popełniali pewien podstawowy błąd, który nas irytował – zawłaszczali sobie prawo do zespołu, zawłaszczali sobie prawo do decydowania o tym, co jest „comowe”, a co nie jest „comowe”. To jest już takie słynne hasło. To nie jest „comowe”, nie idźcie tą drogą.

E:  Ale trzeba przyznać, że ta płyta jest wśród tego, co dotychczas nagraliście, najbardziej różnorodna. Są numery gitarowe, takie jak „Na Pół”, ale są też numery, gdzie jest dużo basu. To świadomy zabieg?

P.R.: Tak, świadomy zabieg, oczywiście. Chcieliśmy, żeby było czyściej, więcej powietrza. Żeby nie zaburzać umiejętności chłopaków samplami, nakładkami w postaci skrzypiec, czy pianina sztucznego. Wszystko jest czysto, gramy to, co potrafimy, sto procent możliwości zespołu. Wszystko jest zagrane przez chłopaków. Nic nie zostało stworzone przez komputer. Nie ma żadnych brudów, syfów, dekoracji, makijażu. Sto procent Comy takiej, jaka może być i już.

E: To, co zwraca uwagę, mniej jest gitar tym razem, kosztem sekcji.

P.R.: Tak, wprowadza to więcej przestrzeni, takiego garażu. Zrobiłem taki eksperyment i posłuchałem sobie, co ma do powiedzenia „Hipertrofia” i nie byłem w stanie zrozumieć, jak to możliwe, że nagraliśmy taki ciężki album. Taki nieprzystępny, gęsty. Wystarczy posłuchać chociaż fragmentu z „Hipertrofii” i porównać z jakimkolwiek fragmentem tej płyty. Brzmienie jest diametralnie różne. To są dwa zupełnie różne światy. I bardzo dobrze, że teraz jest tak luźniej. Ten materiał wspaniale gra się na koncertach, ten materiał przysparza nam dużo radości. Taka nasza druga młodość.

E: Na koniec chciałem cię zapytać o plany. Część już zdradziłeś. Angielska wersja płyty, koncerty zagraniczne…

P.R.: Być może, są plany.

E: A jeśli chodzi o twoją działalność solową? O Lokiego?

P.R.: Loki to już zamknięty temat. Będzie parę koncertów z Lokim, może uda mi się go zagrać w jakimś teatrze? Ale mam inne pomysły dotyczące solowej działalności. Bardzo konkretne, ale są to na razie tylko pomysły, więc nie będę ich precyzował tutaj, bo jak już je wyłożę, to później może się okazać, że to się nie sprawdzi. Często się tak działo. /śmiech/

Gram też  w bardzo fajnym serialu, „Misja Afganistan”. Bardzo fajny projekt się szykuje, taki rzetelny film o polskim wojsku w Afganistanie. Dla Canal+, więc nie będzie zarzutów o ugrzecznienie formy, jak to zwykle bywa  telewizji publicznej. Tak, że tu może być ciekawie.

Jeśli chodzi o plany zespołowe, mamy teraz więcej czasu. Nie wiem czemu… może właśnie dzięki tej płycie?

Warszawa, 28.11.2011

Reklamy

One thought on “Wywiad z Piotrem Roguckim (Coma)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s