Relacja Coma, Boogie Town, King – Stodoła, Warszawa 02.12.2011


…chętnie utoczę sobie krwi…

Kiedy Ula Rembalska z Boogie Town zaanonsowała występ Comy, przez Stodołę przeszła burza oklasków. Kilka dźwięków zagrane przez technicznych na gitarach Marcina Kobzy i Dominika Witczaka wywołało niemal falę uderzeniową. A kiedy zabrzmiały pierwsze nuty „0Rh+”, nastąpił muzyczny orgazm. Postacie kolejnych muzyków wynurzały się z ciemności rozświetlane punktowymi  reflektorami. W tle sceny pojawiały się ich wizerunki znane z teledysku do singlowego „Na Pół”. Kolejne utwory z „Czerwonego albumu” wybrzmiewały w otoczeniu specjalnie stworzonej oprawy świetlnej, strzelających konfetti, obrazów i filmów. W trakcie „Los Cebula i Krokodyle Łzy” mogliśmy obejrzeć fragment „Świateł wielkiego miasta” Charlie Chaplina, podczas „La Mala Educacion” na ekranie wyświetlał się gigantyczny napis ZŁE WYCHOWANIE, a kiedy zespół wykonywał „Deszczową Piosenkę”, Rogucki, jak rewolucjonista na barykadzie, dowodził tłumem wymachując flagą Łodzi. Wspinał się na odsłuchy zachęcając do klaskania, śpiewania  i wirowania wraz z nim w rytm muzyki. Kiedy było trzeba, potrafił wszystkich uciszyć i wezwać pomoc medyczną dla tych, którzy z emocji, tłoku i braku powietrza tracili dech. A tłok panował niemiłosierny. Koncert został wyprzedany do ostatniego miejsca i można to było wyraźnie odczuć.

…ale przyznaj, że w sumie się żyje cudnie…

Pierwsza część wieczoru poświęcona była w całości „Czerwonemu albumowi”. Utwory z najnowszej płyty, tak jak się spodziewałem, mają ogromny potencjał koncertowy. I nie dotyczy to tylko tych oczywistych, dynamicznych numerów, jak „Angela”, „Woda Leży Pod Powierzchnią”, czy „Rudy”. Na żywo świetnie sprawdziły się również „W Chorym Sadzie”, „Jutro” i podobno „nie comowy” „Na Pół”, za który zespół odsądzany był od czci i wiary. Ten ostatni zabrzmiał mocno i bardzo wyraziście, a publiczność własnymi gardłami dała zespołowi jasną odpowiedź na pytanie o słuszność artystycznych wyborów.

…symbioza, rockowe zapętlenie…

Po krótkiej przerwie, już bez makijażu, Coma pojawiła się ponownie, aby wykonać utwory z poprzednich płyt. Fantastycznie zabrzmiała „Transfuzja”, porywająco „Tonacja”, jak zwykle energetycznie i z rockową mocą „Skaczemy”. A szczególnie wyjątkowo, wykonany na bis „Listopad”. Niemal cała Stodoła, skupiona na muzyce i słowach, usiadła na podłodze, co nie uszło uwadze frontmana Comy, który skomplementował publiczność.

…przyjacielu, czy zrozumiesz, to co czuję i to o czym mówię…

Tym razem występ Comy nie był tylko kolejnym rockowym koncertem. To był niemal trzygodzinny spektakl. Może nie par excellence, teatralny, ale jednak spektakl, którego aktorzy świadomie i z wyczuciem odegrali swoje role. Bo mimo znakomitej oprawy, to jednak muzyka i teksty nadal odgrywają pierwszoplanową rolę. Rogucki, Kobza, Witczak, Matuszak i Marszałkowski zasłużyli na wielkie brawa, które długo nie milkły po koncercie.

Ale było jeszcze coś. „Nasze odkrycie z Częstochowy”, jak zapowiedział Rogucki. Kicz, pastisz, muzyczny żart. King. Antrakt należał do niego. Wykonał trzy polsko-włoskie przeboje z pogranicza dancingu, wesela i festiwalu w San Remo. Na taki ruch mogą pozwolić sobie tylko odważni wizjonerzy. W teatrze robił to Ś.P. Adam Hanuszkiewicz, na rockowych koncertach – Coma.

Editor

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s