Wywiad z Krzysztofem Borkiem (Figuresmile)


Jeśli jeszcze coś nie zostało powiedziane na temat „In Between, opowiedział mi to Krzysztof Borek, wokalista Figuresmile, obsługujący również gitarę akustyczną. Rozmawialiśmy o zadowoleniu z wydanej płyty, trudach bycia zespołem niezależnym i wyczerpującej, ale owocnej współpracy z producentem Tomaszem Zalewskim.

Editor: Możesz na początku wyjaśnić dlaczego zmieniliście nazwę zespołu? Wasze ‚Trzy Życzenia’ już się spełniły?

Krzysztof Borek: Nie spełniły się. Właściwie to nawet nie były sprecyzowane, dlatego nie miały szans na spełnienie. Teraz, pod inną nazwą, chyba bardziej wiemy czego chcemy. Mierzymy siły na zamiary. A na zmianę nazwy zdecydowaliśmy się, bo znaleźliśmy informację, że taka nazwa jest już zarezerwowana i to nie przez jeden zespół a bodajże trzy. Dodatkowo była to w moim mniemaniu kiepska nazwa i tyle w zasadzie tłumaczenia. Był to raczej zabieg wprowadzający pewnego rodzaju porządek.

E: A jak należy rozumieć tę nową nazwę?

K.B.: Wymyśliliśmy Figurehead, ale także okazało się, że nie pierwsi i dlatego wzięliśmy tylko usta tego posągu i żeby nie było tak minorowo, postanowiliśmy, że będą się one śmiać. Są to więc takie usta „zmuszone” do śmiechu. /śmiech/ Słowa Figuresmile nie znajdziesz w słowniku języka angielskiego, dlatego nie sądzę, że dublujemy jakiś pomysł na nazwę zespołu. /śmiech/

E: „In Between” należy w tej sytuacji traktować, jako debiut Figuresmile, czy drugą płytę waszego składu, który przecież bardzo się nie zmienił?

K.B.: „In Between” jest naszą drugą, a w zasadzie trzecią licząc EP-kę „By The Flash Of Will”, płytą. To fakt, że oprócz nazwy, dużo się nie zmieniło jednak uważam, że płyta jest dokładnie taka, jaką sobie wymarzyliśmy i dokładnie taka. na jaką w tym momencie było nas stać. Warsztatowo i materialnie.

E: Na „In Between” znalazły się jakieś pozostałości po „Towards The Light”?

K.B.: Jak najbardziej. Na przykład takie „Let’s Rush Out” to piosenka, która miała wejść na „Towards The Light”, jednak w ostatniej chwili została zastąpiona utworem „Echo Of Your Words”. Mamy chyba nawet gdzieś ślady do tamtej wersji. Oczywiście na „In Between” brzmi zupełnie inaczej. jednak jest to bezsprzecznie pozostałość po tej sesji. Dodatkowo „Marks Of Sin” prawie w całości złożyliśmy z partii, które powstały w okresie powstawania poprzedniego albumu i poodklejały się od innych utworów. Także niektóre teksty były już przygotowane, gdy nagrywaliśmy poprzedni album. Jak widać więc, kontynuując naszą podróż muzyczną, czasem odwracaliśmy się wstecz sprawdzając czy nie zgubiliśmy czegoś fajnego po drodze.

E: Chciałbym, żebyś „wytłumaczył” się z dwóch utworów, które możemy usłyszeć na waszym nowym albumie. Po pierwsze „Under My Eyelids”. Bardzo, bardzo przebojowa kompozycja. Chyba do tej pory takiej w waszym repertuarze nie było?

K.B.: Nie było i nie byłoby, gdyby nie nasz producent Tomek Zalewski, bo „Under My Eyelids” było w wersji demo przygotowane nieco inaczej. Tomek jednak fajnie wyczuł potencjał tej kompozycji i wyśrubował jej przebojowość przyczyniając się do powstania naszego pierwszego hitu. /śmiech/ Trochę nam ta jego wizja nie pasowała na początku, bo mieliśmy wrażenie, że poszedł za daleko, ale jak ułożyliśmy wokale, dodali wiolonczelę i elektronikę, usłyszeliśmy piosenkę wyjątkową. Piosenkę, która robi wrażenie, a przy okazji chyba jakoś zdecydowanie nie odstaje od klimatu płyty. Właściwie każdy zwraca na nią uwagę i, jak widać, nie odstajesz od tej reguły. /śmiech/

E: Po drugie „Sun G”. Do tej pory instrumentalnych numerów w ogóle nie mieliście, a teraz nie dość, że taki utwór się pojawił, to jeszcze odważnie umieściliście go na końcu płyty.

K.B.: Po prostu chcieliśmy instrumentala i postanowiliśmy go spłodzić. Ot co. Wojtek Gnus przyniósł szkielet kompozycji, na którym budowaliśmy całą resztę. Utwór, który od momentu powstania, do jego końcowej wersji znanej z albumu, przeszedł chyba najwięcej zmian. Ciągle coś dokładaliśmy, rozbudowywaliśmy, ciągle rozwijaliśmy pomysły, aranże. Jest to także utwór, przy którym doszło chyba do najpoważniejszej kłótni między nami. /śmiech/ I co jeszcze, jeśli ktoś nie wie, gdzie świeci tytułowe słońce „G”, niech poczyta nazwisko naszego basisty od tyłu i rozwiąże ten sekret. /śmiech/

Krzysztof Borek

E: Zmiany w składzie, choć minimalne, to jednak nastąpiły. Pojawił się Wojtek Kościelny. Jaką odegrał rolę w tworzeniu nowego materiału?

K.B.: Obsługuje, po wokalu, najwyrazistszy instrument w muzyce rockowej, dlatego oczywiście odegrał rolę kolosalną. Jest zupełnie innym gitarzystą niż Zbyszek, a jednak doskonale odnalazł się między dźwiękami i zagrał rewelacyjnie. Dołączył do zespołu gdzieś w połowie komponowania muzyki na „In Between”, bo to właśnie wtedy Zbyszek postanowił odejść, jednak od razu wskoczył na odpowiednie tory dodając naszej muzyce innego kolorytu.

E: Zapytam cię jeszcze o gości, którzy pojawili się na płycie. Szymon Pawlas /wiolonczela/ jest dobrze słyszalny w „Holy Antics”. Skąd pomysł na wiolonczelę w brzmieniu Figuresmile?

K.B.: „Holy Antics” mieliśmy rozpisane tylko na wokal i gitarę akustyczną i tak miało zostać, jednak czuliśmy pustkę w drugiej zwrotce i należało ją czymś wypełnić. Wiolonczela była akurat, że tak powiem, pod ręką. Rafał Gładysz z Szymonem występuje w swoim zespole i pomysł był prosty. Przywieźliśmy Szymona do Olkusza, zamknęliśmy w reżyserce i zostawiliśmy Zedowi, a sami pojechaliśmy na pizzę. /śmiech/ Po powrocie okazało się, że chłopcy z rozpędu zrobili również smyki do „Under My Eyelids”, no więc wiadomo było, że pomysł był trafiony. Zostało i cieszy.

E: Na „In Between” pojawiają się też ciekawe eksperymenty z elektroniką. Jaka była w nich rola Rafała Gładysza, który za tę całą elektronikę odpowiada?

K.B.: Rola była duża. To w większości jego pomysły i jego praca. Siedział sobie na próbach z boku i próbował na bieżąco wymyślać swoje partie, a później, jak domniemywam, ślęczał w domu nad końcowym efektem. Na następnej próbie słuchaliśmy, poprawialiśmy i …….. tyle. Myślę, że całkiem sprawnie udało się nam wprowadzić ten nowy element do naszej muzyki.

E: Pojawił się również nowy producent. Tomasz ZED Zalewski dużo wniósł do waszego brzmienia? Jak się współpracowało?

K.B.: Jak już mówiłem, Tomasz to gracz w moim mniemaniu z bardzo wysokiej półki i praca z nim, mimo że w niektórych sytuacjach katorżnicza, należała do przyjemności. Jak czuł, że można lepiej, nie odpuścił. Potrafił wyciągnąć z nas i z naszych piosenek wszystko i jeszcze ciut więcej. Po każdym dniu sesji czułem totalne zmęczenie, a z drugiej strony zadowolenie. Nikt z nas nie miał wątpliwości, że razem zmierzamy we właściwym kierunku i efekt będzie piorunujący. /śmiech/ Ponadto Tomek jest przesympatycznym gościem i chyba wszyscy już zawsze ciepło będziemy wspominać tę sesję nagraniową.

E: Przydałoby się sprawdzić ten nowy materiał na koncertach. Najbliższy wasz występ już w sobotę w Łodzi, a co dalej, jak wyglądają plany koncertowe na przyszły rok?

K.B.: Jak wiadomo, płyta ukazała się naszym własnym sumptem i nie stoi za nami żadna firma, która dbałaby o nasz wizerunek w mediach więc za całą promocję zespołu w mediach jesteśmy odpowiedzialni sami. Ile uda nam się ugrać, zawdzięczamy tylko i wyłącznie sobie. To samo dotyczy i koncertów, więc jest to kawał ciężkiej roboty. Trasą koncertową bym tego nie nazwał, jednak lista miejsc, w których wystąpimy w tym i na początku przyszłego roku stale się wydłuża. Zapraszamy oczywiście na naszą stronę, na której na bieżąco informujemy między innymi o tym, gdzie będzie nas można posłuchać w najbliższej przyszłości.

E: Koniec roku to czas podsumowań. Jak ocenisz ten rok w kontekście zespołu? To było dobre, udane dla was dwanaście miesięcy, czy można coś było zrobić lepiej, więcej?

K.B.: To było dziwne 12 miesięcy. Z różnych powodów wydanie albumu „In Between” przedłużyło się o całe 10 miesięcy, bo płyta była gotowa na początku stycznia, a ukazała się 7 października. W lutym tego roku zagraliśmy kilka fajnych koncertów i dogadaliśmy szczegóły współpracy z Robertem Roszakiem, który miał zostać naszym menadżerem i wszystko wyglądało świetnie. Było dużo planów i pomysłów, które nie doczekały realizacji, gdyż, jak wiadomo, Robert zmarł 4 lipca i wszystko legło w gruzach. 24 września graliśmy najsmutniejszy koncert w karierze poświęcony właśnie temu wspaniałemu człowiekowi. Wraz z Jego odejściem, zostaliśmy więc znowu sami. W październiku ukazał się w końcu „In Between” i myślę, że tytuł tego wydawnictwa jest najlepszym komentarzem dla kończącego się roku. Było raz lepiej, a raz gorzej. Było ‘w pomiędzy’.

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s