Dekalog Marcina Kulczyckiego, czyli… 10. pytań do gitarzysty zespołu Pathology


pathology-coverI. Nie zostałbym muzykiem, gdyby nie:

Myślę, że nie ma i nigdy nie było takiej siły, która mogłaby sprawić, że nie zostanę muzykiem. Pochodzę z bardzo muzykalnej rodziny. W domu zawsze i wszędzie coś grało i śpiewało. Pamiętam, że już jako małe dziecko słuchałem Deep Purple, Black Sabbath i Hendriksa ze starego szpulowca, który stał w pokoju jednej z moich starszych sióstr. Miałem trochę szczęścia, bo druga z nich, właścicielka kasetowca dla odmiany, miała nieco inny gust. Kto wie, co dziś bym grał, gdybym pałętał się bliżej niej… Raczej nie byłaby to żadna z odmian ciężkiego rocka w każdym razie.

II. Płyta, która wywarła na mnie największe wrażenie:

Chyba nie da się wymienić jednej, jeśli tak wiele się słyszało… Jest mnóstwo płyt, które odcisnęły na mnie piętno i miały niebagatelny wpływ na postrzeganie przeze mnie muzycznego świata, ale są wśród nich takie, na których nie zmieniłbym ani jednego dźwięku, nie przekręciłbym w studio żadnego potencjometru ani o milimetr. Po prostu dzieła skończone. To Deep Purple „Perfect Strangers”, Rainbow „Rising”, Iron Maiden „Powerslave” i na pewno „Kawaleria szatana” zespołu Turbo z naszego rodzimego podwórka.

III. Wykonawca, który wpłynął na moje podejście do muzyki:

Zdecydowanie Człowiek w Czerni, czyli Ritchie Blackmore, we wszystkich składach i w każdym wydaniu. Facet, który stał się inspiracją dla wielu znakomitych gitarzystów, którzy przez kolejne lata rozwijali to, co wniósł od siebie do historii rocka. Wspaniały showman, genialny kompozytor, błyskotliwy gitarzysta o niepodrabialnym brzmieniu, no i cholernie tajemnicza, fascynująca osobowość. Nie jestem w stanie wyobrazić sobie jak wyglądałby dziś heavy metal, gdyby Ritchie czterdzieści parę lat temu stwierdził, że jego największym powołaniem jest np. naprawa zegarków.

IV. Koncert, którego nigdy nie zapomnę, to:

Ian Gillan w Sali Kongresowej w 1991 roku. Czysta energia wygenerowana za pomocą bardzo skromnych środków. Gitara, bas, niewielki zestaw perkusyjny, zero scenografii, laserów i innych dodatków. Jestem pewien, że po tym koncercie kilka tysięcy ludzi skoczyłoby za tym facetem w ogień, ze mną na czele oczywiście. Bardzo dobrze wspominam również koncert Kinga Diamonda i Mercyful Fate w Krakowie, o ile dobrze pamiętam. To była chyba jedyna trasa, podczas której King wystąpił w podwójnej roli. Tam dla odmiany było mnóstwo scenografii, trochę teatru, i oczywiście niezbędna ilość szatana. /śmiech/ Świetny show i świetna, znakomicie wykonana muzyka.

V. W muzyce najbardziej liczy się dla mnie:

Muzyka na szczęście nie jest czymś, co da się zważyć lub zmierzyć. Pewnie jest mnóstwo czynników, które powodują, że utwór do mnie trafia, lub nie, ale ja nigdy nad tym się nie zastanawiam. To trochę tak, jak z kobietami, nieważne czy ciemna, czy jasna, gruba, czy chuda. Albo się zgadza i coś lata w brzuchu, albo nie. W moim przypadku takie latanie może spowodować równie dobrze Dimmu Borgir, jak i Abba na przykład, choć ogólnie wiadomo, że twórczość tych zespołów odrobinę różni się od siebie.

Marcin Kulczycki i Adam Jełowicki

VI. Nasze koncerty to dla mnie:

Przede wszystkim świetna zabawa. Robię wtedy to, co kocham robić najbardziej na świecie, a jeśli uda się złapać dobry kontakt z publicznością, to nic więcej do pełnego szczęścia nie potrzeba. Wiem, że ludzie z którymi gram, na scenie zawsze dają z siebie wszystko, niezależnie od tego dla kogo i w jakich warunkach gramy. Myślę, że publiczność to docenia, że to widać, być może dlatego atmosfera podczas naszych występów bywa naprawdę gorąca. Nie ma nic gorszego od tego, gdy ktoś wychodzi na scenę bo musi, traktując to wyłącznie jako określoną robotę do wykonania, za określone pieniądze. My nigdy nie mieliśmy i nigdy nie będziemy mieć takiego podejścia. Ludzie słuchający metalu mają tę cechę, że natychmiast wyczuwają fałsz, dlatego będąc nienaturalnym, udając cokolwiek, absolutnie nie ma w tym świecie czego szukać.

VII. Gdybym mógł, wybrałbym się w trasę koncertową z:

Z SheMoans. Niestety jest to raczej nierealne, ponieważ groziłoby rozwodem ze strony mojej żony. Fajnie byłoby też zagrać z Turbo, co również jest nierealne, ponieważ ich wokalista boi się, że nasz skopie mu tyłek. /śmiech/ Najbardziej na świecie natomiast, chciałbym wystąpić na jednej scenie z Fates Warning. To nierealne jest dlatego, że zespół ów przy okazji każdej wizyty w Europie, omija naszą zieloną wyspę szerokim łukiem, koncentrując się głównie na biednej, zadłużonej Grecji, gdzie ma więcej fanów, niż w każdym innym zakątku ziemi.

VIII. Praca w studiu to dla mnie:

Przede wszystkim cholernie ciężka praca, która wymaga ogromnej odporności psychicznej, zwłaszcza w momentach „kiedy nic nie wychodzi”. Na szczęście opanowaliśmy pewne procedury, które prowadzą do tego, że po ich zastosowaniu wychodzi. Do nabycia w prawie każdym sklepie za jakieś siedemdziesiąt złotych. /śmiech/

IX. Mój ulubiony utwór Pathology to:

Każdy z naszych utworów to zupełnie inna, osobna historia, różne emocje, różne wspomnienia z procesów twórczych i rejestracyjnych. Kocham je wszystkie, tak jak kocha się wszystkie swoje dzieci. Jeśli musiałbym wybrać tylko jeden z nich, byłby to prawdopodobnie „Unutterable Silence”. Jest najbliższy mojej muzycznej duszy i zawiera najwięcej ‘moich dźwięków’, co wcale nie oznacza, że wszystkie są mojego autorstwa. /śmiech/

X. Moje muzyczne marzenie:

Kolejne płyty Pathology, a każda z nich lepsza niż poprzednia.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s