Recenzja Lebowski „Cinematic” /2010/


Lebowski - 2010 - CinematicMuzyka do nieistniejącego filmu.

„Cinematic” to, z której strony nie spojrzeć, płyta nietypowa. Po pierwsze rock progresywny nigdy do mainstreamu nie należał. Po drugie jest to concept album. Po trzecie w składzie zespołu Lebowski nie ma wokalisty. I piszę o tym, jako o zaletach albumu, a nie zarzutach pod adresem zespołu. Jeśli dodamy do tego niezależność, na którą zespół postawił, powstaje obraz bardzo ambitnych czterech muzyków ze Szczecina. Ci czterej muzycy, to: Marcin Grzegorczyk – gitary, Marcin Łuczaj – syntezatory, Marek Żak – bas, Krzysztof Pakuła – perkusja. Warto zapamiętać te nazwiska.

Oni sami o swoim albumie mówią, że to „muzyka do nieistniejącego filmu”. Przewaga tej muzyki jest jednak taka, że broni się sama, bez obrazów, co często w przypadku muzyki filmowej jest niemożliwe. Tak jest choćby w eterycznym „137 sec.”. Muzyka malująca bardzo plastyczne obrazy, ozdobiona wokalizą, której nie powstydziłoby się Pink Floyd z czasów „Dark Side of the Moon”, a i Lisa Gerrard z Dead Can Dance, byłaby z końcowego efektu zadowolona. Dodam, że brak wokalisty nie oznacza, że na Cinematic słowa się nie pojawiają. Pojawiają się, jak najbardziej. I to jakie słowa! Są to cytaty z klasycznych filmów z dość zamierzchłej historii kina, które wraz z muzyką zespołu Lebowski zostały wskrzeszone, na nowo przywrócone do życia i brzmią, o dziwo, tak, jakby zostały napisane specjalnie na to wydawnictwo. Taką sytuację mamy choćby w wyjątkowym „Iceland”. „Old British Spy Movie”, dla odmiany, daje nam poczucie, jakbyśmy na ponad 5 minut naprawdę przenieśli się do jakiejś szpiegowskiej historii z dreszczykiem. „The Storyteller”, jak dla mnie, to z kolei utwór kreujący muzyką bardzo duszną atmosferę baru lub nocnego klubu, w którym doświadczony życiem, przegrany mężczyzna snuje nad szklaneczką i w oparach dymu, refleksyjne opowieści ze swojej przeszłości. Nie sposób przejść obojętnie obok tej piosenki. Podobnie jest z otwierającą płytę „Trip to Doha”. Już pierwsze dźwięki dają możliwość wizualizowania niesamowitych obrazów, a pojawiający się motyw odliczania, „czterdzieści sekund,…, pięć sekund”, tylko ten efekt potęguje. „Encore” zabiera nas na kilkuminutowy, ekscytujący spacer po Paryżu, a w kończącym płytę „Human Error” znalazło się miejsce zarówno na bardzo rockowe gitarowe solo, ujmujący pięknem klawiszowy motyw i bardzo filmowe instrumenty dęte. A wraz z dźwiękiem obracającej się rolki filmowej taśmy, płyta dobiega końca.

Lebowski na swój debiut płytowy potrzebował kilku lat. Jednak efekt w postaci 10 utworów, trwających łącznie ponad godzinę, jest z pewnością godny uwagi.

Dlaczego? Na mnie akurat, szczególne wrażenie zrobiły słowa, które padają w tytułowym „Cinematic”: „mniemam, że od jednego końca świata do drugiego, historia miłości wszędzie jest jednakowa”. Podobnie historia dobrej muzyki. Bez względu na szerokość geograficzną, pod którą została stworzona, dobra muzyka pozostanie dobrą muzyką. A gdybym miała wskazać najlepszy ubiegłoroczny progresywny debiut, wskazałabym właśnie na „Cinematic” zespołu Lebowski.

ocena: 9/10 9/10

Lebowski „Cinematic” /2010/
Skład: Marcin Grzegorczyk – g; Marcin Łuczaj – synth; Marek Żak – bg; Krzysztof Pakuła – dr
Wydawca: Zespół

Tracklista:
1. Trip to Doha /5:40/
2. 137 sec. /7:11/
3. Cinematic /7:41/
4. Old British Spy Movie /5:10/
5. Iceland /7:12/
6. Encore /6:07/
7. Aperitif for Breakfast (O.M.R.J) /6:06/
8. Spiritual Machine /6:54/
9. The Storyteller (Svensson) /6:38/
10. Human Error /7:58/

Reklamy

One thought on “Recenzja Lebowski „Cinematic” /2010/

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s