Recenzja Limp Bizkit „Gold Cobra” /2011/


limp-bizkit-gold-cobra-cover

Album „Gold Cobra” oferuje wszystko, co od początku definiowało styl Limp Bizkit: punktowa sekcja rytmiczna, cięte riffy gitarowe cyklicznie przeplatane eksperymentalnymi smaczkami w wykonaniu Borlanda, rapowane wokale Dursta z melodyjnymi wstawkami w refrenach oraz świetnie komponujące się z całością miksy, za które odpowiada DJ Lethal. Jeśli chodzi o charakter tej produkcji, to jest on zbliżony do rewelacyjnego „Significant Other”, ale… No właśnie, czy tym razem jest aż tak rewelacyjnie? Limp Bizkit trzyma się schematu znanego z poprzednich albumów, tj. na otwarcie działka DJ Lethala, czyli budujące napięcie intro, a konkretnie „Introbra”. Zaraz po wstępie „Bring It Back” – krótko i treściwie. Borland zapodaje zapętlony riff, który w refrenie przechodzi w stuprocentową jazdę bez trzymanki. Ten utwór jest jak pigułka ze skondensowaną energią przenoszoną wspomnianym gitarowym riffem i punktującą sekcją. W tytułowym kawałku „Gold Cobra” również uwagę zwraca sekcja, która nie gra może specjalnie wyszukanych rzeczy, ale nadaje numerowi pulsację, która pozwala go zaliczyć do kategorii tzw. numerów „jadących”. Następny utwór swoim wstępem mocno przypomina film „Szczęki”, ale nic dziwnego w końcu to „Shark Attack”.  Tutaj rządzi wiosło Borlanda, mamy tu zarówno fajny riff wiodący, jak również kilka eksperymentów i smaczków, z których zdążył już nie raz zasłynąć. Jeszcze ciekawiej jest w numerze „Get a Life”. Wes wydobywa ze swojego wiosła dość psychodeliczne dźwięki, które nagle „eksplodują” w refrenie ciężkim riffem. Kolejny dowód kreatywności Borlanda to wstęp utworu „Shotgun” – riff oparty na trzech dźwiękach, ale to wystarczy, bo i tak jest jazda! Wiadomo nie od dziś – w prostocie siła. A co usłyszymy w „Douche Bag”? Chore wiosło, niesamowita dynamika, za którą znów odpowiada sekcja oraz rapowana wokaliza Dursta świetnie osadzona w rytmice numeru. Całość wpada w ucho zapewniając sporą dawkę muzycznych doznań. I co dalej? No właśnie, dalej zaczyna się lekka nuda i bynajmniej nie chodzi tu o balladowy charakter kolejnych dwóch utworów „Walking Away” oraz „Loser”, które zwolennikom lżejszych dźwięków mogą przypaść nawet do gustu. Sęk w tym, że słuchając tych kawałków można odnieść wrażenie, że już to słyszeliśmy na wcześniejszych albumach. Pozostałe cztery numery, również nie wzbudzają większych emocji, no może poza fragmentami „Why Try” oraz „Killer in You”. Finalnie w mojej ocenie pierwsza część płyty zasługuje na ocenę 9/10, druga natomiast na 5/10, co w efekcie daje mi średnią na cały album równą 7/10. Generalnie jest to płyta, do której z pewnością będę wracał, ale prawdopodobnie jej zużycie będzie większe tylko na fragmencie zawierającym ścieżki kawałków od 1 do 7.

Sęku

Ocena: 7/10

Limp Bizkit „Gold Cobra” 2011
Skład: Fred Durst – voc, Wes Borland – g, Sam Rivers – bg, John Otto – dr, DJ Lethal – turntables, keyboards, samples
Wydawca: Interscope

Tracklista:
1. Introbra /1:20/
2. Bring It Back /2:17/
3. Gold Cobra /3:53/
4. Shark Attack /3:26/
5. Get A Life /4:54/
6. Shotgun /4:33/
7. Douche Bag /3:42/
8. Walking Away /4:45/
9. Loser /4:53/
10. Autotunage /5:00/
11. 90.2.10 /4:18/
12. Why Try /2:51/
13. Killer In You /3:46/

Reklamy

One thought on “Recenzja Limp Bizkit „Gold Cobra” /2011/

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s