Recenzja Staind „Staind” /2011/


staind_staind-coverKiedy zespół przed premierą nowej płyty zapowiada powrót do korzeni, zazwyczaj podchodzę do tego dość sceptycznie. Bo w jaki niby sposób taki powrót miałby się odbyć? Na ostateczny kształt aktu twórczego, jakim jest nagranie płyty, składa się bowiem bardzo wiele czynników, zarówno zewnętrznych, jak i znajdujących się wewnątrz psychiki danego twórcy. Wszystkie one mają bezpośredni wpływ na cały proces tworzenia. Dlatego też uważam, że wszelkie próby powrotu do przeszłości są niejako wymuszone /przez fanów bądź krytykę/, a przez to sztuczne, a w konsekwencji – nieudane.

Należy zwrócić uwagę na fakt, że jakakolwiek płyta dowolnego artysty jest odzwierciedleniem jego stanu mentalnego w ściśle określonym/!/ momencie działalności artystycznej. Okoliczności mających wpływ na jej powstanie /np. wpływu otoczenia, sytuacji osobistej autora, przyjętych w danym momencie życiowych priorytetów czy nawet miejsca, w którym aktualnie przebywa/ po prostu nie da się odtworzyć. Sprawę dodatkowo komplikuje fakt, że zespoły składają się przecież z kilku muzyków, i właśnie to zderzenie kilku indywidualnych i przenikających się nawzajem wrażliwości ludzkich, w ściśle określonym momencie czasu, ośmielam się nazywać płytą rockową.

Najnowszy album Staind zapowiadany był w ten właśnie sposób. Płyta składa się z dziesięciu utworów o łącznym czasie trwania 42 minut. Sprawdźmy zatem czy zapowiedzi samych muzyków mają jakiekolwiek odzwierciedlenie w rzeczywistości. Powiem już na wstępie – nie, nie mają. Dlaczego?

Bo jest lepiej! Już pierwszy „Eyes Wide Open” zwiastuje, że będzie to jeden z najcięższych albumów zespołu. Na dzień dobry dostajemy porządnym kopem nisko nastrojonych gitar. Zwrotka z kolei stanowi przeplatankę dwóch partii wokalnych: melorecytacji i balansującego na granicy growlingu, krzyku /coś dla fanów Godsmack i Machine Head/. W refrenie z kolei ujawnia się to, dzięki czemu zespół przekonał do siebie miliony fanów na całym świecie – elektryzująca partia wokalu Aarona Lewisa. W całość wplecione jest typowo metalowe solo na gitarze. Dużo tego? A to dopiero pierwszy kawałek…

Można by się spodziewać, że zespół celowo umieścił najmocniejszy utwór na pierwszej pozycji, a dawka energii będzie stopniowo słabła – nic bardziej mylnego. Następne utwory „Not Again” i „Failing” utrzymane są w podobnej stylistyce, zwłaszcza pod kątem wokalu. Gitary zdają się wydawać nieco bardziej grunge’owe niż w przypadku omówionego wcześniej, niszczycielskiego „Eyes Wide Open”. Niemniej jednak, dawka mocy utrzymuje się na bardzo wysokim poziomie .

Kolejne utwory przekonują, że zespół potrafi uderzyć w odbiorcę za pomocą więcej niż jednego gatunku. „Wannabe” to kawałek, który z powodzeniem mógłby znaleźć się na płycie Limp Bizkit, początkowy riff z „The Bottom” do złudzenia przypomina „Becoming” Pantery, zaś „Paper Wings” stanowi ponowne nawiązanie do twórczości Machine Head. Tekst tego ostatniego, zwłaszcza w refrenie, jest główną zaletą tego kawałka.

Bo to właśnie refreny są głównym atutem zespołu. Ich melodyjność połączona z barwą głosu Lewisa sprawia, że są niezwykle łatwo przyswajalne przez co szybko zapadają w pamięć. Opatrzone refleksyjnym tekstem tworzą muzyczną i emocjonalną jakość, której współcześni artyści mogą im tylko pozazdrościć. Odśpiewane na żywo gwarantują wprost nieziemski kontakt z publicznością, dlatego też stwierdzam, że materiał zawarty na tej płycie jest materiałem typowo koncertowym.

Kiedy myślałem, że nic już nie jest w stanie mnie zaskoczyć, zespół na sam koniec płyty postanowił wytoczyć najcięższe działa, paradoksalnie – w postaci ballady. „Something To Remind You” jest bez wątpienia najsmutniejszą rzeczą jaką ostatnio słyszałem. Połączenie gitary, tekstu i głosu wokalisty po prostu odbiera mowę. Warto kupić tę płytę chociażby dla tego kawałka.

Nowa płyta Staind nie jest albumem jednolitym. Zespół udowodnił, że potrafi swobodnie poruszać się w wielu cięższych gatunkach co bez wątpienia przysporzy im sporo nowych fanów. Nie jest to żaden powrót do korzeni – tym albumem muzycy przeskoczyli samych siebie, otwierając tym samym nowy rozdział w swojej twórczości. Płyta jednoznacznie i nieodwołalnie godna polecenia.

Mateusz Siedlecki

Ocena: 8

Staind „Staind” /2011/
Skład: Aaron Lewis – g, voc, Mike Mushok – g, John April – bg, Jon Wysocki – dr
Wydawca: Warner

Tracklista:
1. Eyes Wide Open /3:30/
2. Not Again /4:34/
3. Failing /5:26/
4. Wannabe /3:49/
5. Throw It All Away /4:24/
6. Fake Breath /3:56/
7. The Bottom /4:15/
8. Now /3:44/
9. Paper Wings /4:23/
10. Something To Remind You /4:07/

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s