Recenzja Kr’shna Brothers „Food for Life, Spirit for Fuck” /remastered/ /2011/


krshna_brothersW zasadzie częściowo rozumiem tych, którzy twierdzą, że prawdziwego grunge’u już nie ma, a jeśli nawet, to nie dzieje się z nim nic dobrego. Nie ulega wątpliwości, że złote czasy Seatlle bezpowrotnie minęły. Mamy rok 2011 – Kurt nie żyje, Pearl Jam nagrywa kolejną bezpłciową płytę /wydając przy okazji bootlegi z każdego miejsca, w którym tylko zagrają koncert/, efektów reaktywacji Soundgarden póki co nie widać, a parkiet-songi Cornella i Timbalanda mają po 3 miliony wyświetleń na youtubie. Prognozy nie prezentują się więc zbyt różowo. A co dzieje się na naszym podwórku?

Jak dotąd nie doczekaliśmy się w Polsce zespołu, który można by było określić mianem ikony grunge’u. Przenosząc problem na grunt szeroko rozumianego metalu, można stwierdzić, że ostatnimi czasy, naszym najbardziej rozpoznawalnym  towarem eksportowym stała się twórczość Vadera i Behemotha. W wypadku grunge’u natomiast – nie ma /i nie było/ polskiego zespołu, który byłby w stanie poradzić sobie na arenie międzynarodowej. Ale może to wcale nie o „międzynarodowość” tu idzie?

Debiutancki album poznańskiego zespołu Kr’shna Brothers,  „Food for Life, Spirit for Fuck” po raz pierwszy ujrzał światło dzienne w 1993r, kiedy to amerykańaki grunge osiągał szczyty popularności. Dla przypomnienia powiem tylko, że w tym samym roku ukazały się m.in. „In Utero” Nirvany, czy „Vs.” Pearl Jamu. Twórczości Polaków nie można zatem analizować w izolacji od ówczesnej sceny Seattle. Powiem więcej – Kr’shna Brothers należy rozpatrywać w ścisłym związku, jeżeli nie przez pryzmat, grunge’owej sceny zza oceanu. Ich twórczość była pewego rodzaju odpowiedzią na wydarzenia rozgrywające się na rynku amerykańskim. Przejdźmy jednak do samej płyty.

Album „Food for Life, Spirit for Fuck” doczekał się reedycji w lipcu 2011r. Płyta składa się z 12 utworów, trwających łącznie niespełna 44 minuty /co, dla fanów żyjących w ówczesnych polskich realiach, znaczyło mniej więcej tyle, że całość wejdzie na jedną stronę czystej 90-tki/. Do zidentyfikowania gatunku, w jakim porusza się zespół, wystarczy już nawet kilka sekund pierwszego utworu – „I Beg You – Stay With Me”.

Jest surowo, dynamicznie, momentami nawet agresywnie, a to wszystko przy zachowaniu rytmicznej wyrazistości  i kompozycyjnej prostoty. Słowem – mamy tu wszystko czego  w grunge’u szukać się powinno. Nie ma tu miejsca na bogactwo harmonii, artykulacyjne smaczki, czy krystalicznie czyste brzmienia gitar. Zmierzam tu do konkretnego wniosku – dla mnie prawdziwa grunge’owa płyta po prostu musi /!/ śmierdzieć garażem /wyjątkiem może być tu „Nevermind” Nirvany, który został zagłaskany przez producentów, za co sami muzycy serdecznie się na nich wściekli/.

Brzmienie „Food for life…” ten wymóg spełnia. Jest dość jednolite, co w żadnym wypadku, nie jest wadą tego albumu. Mamy mocną perkusję, ostre, charczące przestery gitar, które znakomicie współbrzmią z, typową dla gatunku, barwą głosu Jacka Adamczyka. Osobiście nie ufam do końca wokalistom, zwłaszcza rockowym, którzy zbyt pięknie brzmią na płytach, ponieważ często okazuje się, że nie potrafią powtórzyć tego na koncertach /patrz: koncertowe DVD Godsmack/.

W przypadku wokalisty Kr’shna Brothers, o takiej sytuacji nie może być mowy. Wokal  jest surowy ale zarazem melodyjny /szczególnie w refrenach/. Momentami słychać minimalne niedociągnięcia, ale w tym wypadku podkreśla to tylko autentyzm wykonania, co jest niezwykle ważnym elementem garażowej estetyki grunge’u. Zresztą, fani tego gatunku raczej nie spodziewają się po wokalistach nieskazitelnie czysto zaśpiewanych partii,  dlatego też dalsze zabawy w Zapendowską sobie po prostu daruję.

Charakterystycznym punktem albumu jest cover Marka Grechuty – „Dni, których nie znamy”, z którym muzycy poradzili sobie dość zgrabnie. Zresztą, przepis na grunge’owy cover jest dość prosty: jeżeli masz akord C-dur – zastąp go akordem C w wersji power chord, następnie podkręć tempo i gotowe! Gwarantuję, że w większości przypadków działa. Kolejnym wyróżniającym się elementem jest, zamykająca płytę, ballada „Tu i tam”. Wspomniane utwory są jedynymi, w których wokalista śpiewa po polsku.

Reszta utrzymana jest w typowej dla gatunku stylistyce. Utwory są krótkie, mocne i wyraziste. Wszystkie składają się na spójną całość, tworząc pewnego rodzaju monolit, przypominający nieco czołg… czołg, który w 2011 roku ponownie wyjeżdża z garażu z napisem „Polish Seattle 1993”.

Mateusz Siedlecki

Ocena: 7

Kr’shna Brothers  „Food for Life, Spirit for Fuck” /remastered/ /2011/
Skład: Witek Urbański – bg, Tomek Goehs – dr, Jarek „Shadok” Szydłowski – g, Jacek Adamczyk – voc, g
Wydawca: Metal Mind

Tracklista:
1. I Beg You – Stay With Me /4:11/
2. We Know How To Kill /3:17/
3. Dni, których nie znamy /3:23/
4. Just Once /4:27/
5. Night-time Victims /3:31/
6. The Salvation Souls /3:30/
7. Rise and Fall Down /2:50/
8. I’m and I’m not /4:17/
9. To be or not to be with me /3:28/
10. I Fuck This Moral Obligation /3:58/
11. Kr’shna Brothers /2:37/
12. Tu i tam /4:07/

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s