Recenzja Tune „Lucid Moments” /2011/


tune_lucid_moments-coverCzasy, kiedy polska scena progresywna składała się z kilku wykonawców, bezpowrotnie minęły. Obecnie rozciąga się ona szeroko, zarówno w sensie geograficznym, jak i stylistycznym, a nowych grup wciąż przybywa. Niestety ilość nie zawsze przekłada się na jakość. Wielu zespołom brakuje oryginalności, bezkompromisowego podejścia, w końcu dobrych instrumentalistów i sprawnego wokalisty śpiewającego poprawnie po angielsku. Tylko niewielu udaje się umknąć stylistycznym powtórkom i zrealizować materiał, który zaintryguje słuchaczy. Łódzkiej formacji Tune to się udało.

Trzeba jednak wiedzieć, że „Lucid Moments” nie jest łatwym w odbiorze materiałem. Wynika to przede wszystkim z ambicji założycieli zespołu – Adama Hajzera i Leszka Swobody – którzy postawili sobie za cel zrealizowanie muzycznego dzieła, zamiast zarejestrowania kilku piosenek w profesjonalnym studiu. Panowie poznali się już w 2008 roku i przez dłuższy okres czasu eksperymentowali i dobierali współpracowników, aby powstające utwory były perfekcyjne zarówno pod względem kompozycyjnym, jak i wykonawczym. Zadanie nie było łatwe, ale brak pośpiechu zadziałał na korzyść Tune. Do wymienionych wcześniej liderów dołączyli: perkusista Wiktor Pogoda, klawiszowiec i akordeonista Janusz Kowalski oraz wokalista Kuba Krupski. Tak ukształtowana formacja weszła do studia i zarejestrowała concept album „Lucid Moments”, który ukazał się w czerwcu 2011 roku.

Czy zespołowi udało się zrealizować wszystkie swoje zamierzenia, wiedzą pewnie tylko jego członkowie. Ja mogę jedynie stwierdzić, z niekłamaną radością, że dziewięć utworów, które znalazły się na debiutanckiej płycie to materiał ambitny i oryginalny, który świetnie sprawdza się na koncertach /sprawdziłem osobiście/ i daje ogromne nadzieje na przyszłość. Poniżej kilka dowodów potwierdzających moją tezę:

– po pierwsze album koncepcyjny w wydaniu Tune to nie kilkadziesiąt minut lejącej się bez przerwy muzyki, na siłę połączonej sztucznie wymyśloną historią, ale coś znacznie więcej. Mamy całkowitą spójność muzyki, tekstów, okładki i zdjęć w książeczce, a dodatkowo historia Michaela – głównego bohatera opowieści – ma być kontynuowana na specjalnie stworzonej stronie internetowej;

– po drugie muzycy Tune to nie grupka chłopaków, którzy skrzyknęli się, aby pograć na instrumentach i pośpiewać, zakładając, że „jakoś to będzie”. Zanim album ujrzał światło dzienne, praca nad nim zajęła wiele godzin, a wszystkie szczegóły zostały dopracowane. Wystarczy posłuchać na przykład „Cabin Fever” – od akordeonowego wstępu, przez śmiech, melodeklamację i krzyk użyte jako środki wyrazu, aż po przecudnej urody solówki gitarowe /wielkie brawa!/, wszystko ma swój czas i miejsce w odpowiednich proporcjach. Podobnie jest w utworze „Mip” – chyba najspokojniejszym, za to jednym z najbardziej emocjonalnych na płycie a także instrumentalnym „Dimensions”;

– po trzecie do uzyskania charakterystycznego brzmienia grupy wykorzystany został akordeon. I okazało się, że odpowiednio użyty, tworzy fantastyczne brzmienia znakomicie pasujące do art rockowego charakteru zespołu. Raz przywodzi na myśl dźwięki kojarzące się paryskimi ulicami /”Confused”/, innym razem potrafi być równoprawnym rockowym instrumentem /”Dependent”/. Tak, czy inaczej, instrument będący definicją brzmienia wszystkich zespołów obsługujących wiejskie wesela, wszedł na art rockowe salony i stanął dumnie i bez kompleksów pośród perkusji i gitar. Brawo!

– po czwarte, na koniec mojej argumentacji, Ladies and Gentelman, Kuba Krupski. Wokalista Tune, sam o sobie mówi, że jest tylko „śpiewającym aktorzyną”, ale ja potraktowałbym to jako kokieterię lub skromność młodego człowieka. Jego osoba to moje największe wokalne odkrycie tego roku i jednocześnie największe /pozytywne/ zaskoczenie. Odnoszę bowiem wrażenie, że to właśnie wokaliści są największą słabością polskich zespołów. Porywają się na śpiewanie po angielsku, co powoduje ból zębów u słuchaczy, są skupieni wyłącznie na sobie, nie potrafią nawiązać kontaktu z publicznością, a w warstwie wykonawczej „jadą środkiem”, żeby nikt nie odkrył ich niewielkich możliwości. W przypadku Kuby Krupskiego jest zupełnie inaczej. Wokalista Tune potrafi operować pełną gamą barw, od szeptu i rozmowy /”Dr Freeman”/, przez mocny, rockowy śpiew, aż po krzyk /”Masquerade”/.

Tune na „Lucid Moments” raczy nas kilkudziesięcioma minutami naprawdę ciekawej, absolutnie świeżej i oryginalnej twórczości. Jeśli poświęcicie im trochę czasu, historia Michaela i otaczająca ją muzyka z pewnością was wciągnie i zauroczy. Czas pokaże, czy będzie to polska progresywna płyta roku, ale już wiadomo, że to jeden z bardzo mocnych kandydatów.

Editor

Ocena: 9/10 
Tune „Lucid Moments” /2011/
Skład: Adam Hajzer /gitara solowa, rytmiczna/, Leszek Swoboda /bas, wokal/, Janusz Kowalski /akordeon, syntezator/, Wiktor Pogoda /perkusja/, Kuba Krupski /wokal/
Wydawca: Tune
Tracklista:
1. Dependent /6:05/
2. Repose /6:02/
3. Confused /5:03/
4. Lucid Moments /6:34/
5. Mip /4:47/
6. Dimensions /4:46/
7. Cabin Fever /6:35/
8. Masquerade /5:36/
9. Dr Freeman /5:21/
Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s