Wywiad ze Zbyszkiem Szatkowskim (Votum)


votum_harvestmoon_coverRok 2013 z pewnością odciśnie wyraźne piętno w historii zespołu Votum. 8 lutego ukazała się ich kolejna – trzecia – płyta „Harvest Moon”. Później zespół ruszył w  trasę koncertową w towarzystwie zespołu Dianoya, a następnie… wymienił jedną trzecią składu. Gitarzystę Aleksandra Salamonika zastąpił Piotr Lniany (ex Landscape). Kto pojawi się na miejsce wokalisty Macieja Kosińskiego dowiemy się wkrótce. Tymczasem Zbyszek Szatkowski, z którym rozmawialiśmy o nowym wydawnictwie, zapewnia, że „Votum trwa i ma się dobrze”.

Editor: Kiedy rozmawialiśmy w styczniu 2011 roku, mówiłeś, że wielkimi krokami zbliża się kolejny krążek. […] Wypracowaliśmy już koncept, który będzie podstawą całości fabularnie, mamy pomysł na to, jaki klimat będzie miała muzyka, wiemy, po jakie sięgniemy środki wyrazu. Od tego czasu minęły ponad 2 lata, a od wydania „Metafiction” ponad 3. Co się działo w tym czasie i czemu kazaliście na siebie tyle czekać?

Zbigniew Szatkowski: Herbatolubni obywatele Zjednoczonego Królestwa mają takie powiedzenie, że „dobre rzeczy w końcu trafiają do tych, którzy są cierpliwi”. Tutaj te pewne rzeczy musiały dojrzeć, wdrapać się na gałąź by w końcu wykokonić się i rozwinąć skrzydła. To, że wiedzieliśmy „jak będzie”, nie spowodowało niestety, że to nasze „jak będzie” było szybciej.  Wręcz przeciwnie. Postawiliśmy sobie bardzo wysoko poprzeczkę i włożyliśmy jeszcze więcej pracy, energii i serca by tam doskoczyć. Dodatkowo przyszła do nas Lekcja Pokory i Kompromisów – kolejna w naszej już dziesięcioletniej działalności. Jesteśmy kolesiami, którzy są często bardzo przywiązani do swoich pomysłów. W wielu miejscach okazało się, że nasze wizję są dosyć trudne do pogodzenia i było trochę przepychanek. Każdy zespół się żre, gdy przychodzi do pewnych detali, więc nie jest to nic nadzwyczajnego, ale przy „Harvest Moon” przeszliśmy przez to nieco bardziej dynamicznie niż byśmy chcieli. Teraz mogę odetchnąć i mruknąć pod nosem, że najważniejsze jest to, że mieliśmy wspólną wizję, ale w połowie drogi zaczęliśmy być poważnie poirytowani tym, że pewne rzeczy nie idą po naszej myśli, a pod koniec każdy z nas wyobrażał sobie resztę zespołu oblewaną wrzącym olejem czy konsekwentnie dźganych rozżarzonym żelazem. Ważne jest to, że efekt końcowy był wart dłuższego, niż zakładany, czasu oczekiwania. Brzmienie sekcji, przestrzeń, gitary – to wszystko poszło o krok dalej i brzmi na naprawdę porządnym poziomie. Teraz potrzebujemy kilku chwil na to, żeby zaznajomić świat z tym materiałem. Laser Edge wypuściło płytę na USA 18 marca, a Seasons of Mist puściło ją 4 kwietnia w całej Europie.

E: Ponownie postawiliście na Izabelin Studio? Właściwie dopiero tym razem całość nagrań zrealizowaliście w Izabelinie. Co zadecydowało o tym wyborze?

Z.S.: Przede wszystkim zaplecze technologiczne. Izabelin jest świetnie wyposażonym studiem, z dobrą akustyką. Nie bez znaczenia było też to, że jest zaledwie 18 km od centrum Warszawy. Mieliśmy więc spory komfort transportowy, który brzmi jak trywialna sprawa, ale w rzeczywistości to właśnie suma takich trywialnych spraw w rozliczeniu ogólnym wpływa na… hm… na przykład finansowe rozliczenie ogólne. Początkowo master płyty miał być robiony w innym miejscu, ale po naradach w ostatniej chwili zdecydowaliśmy, że krążek zostanie wyprodukowany nie dalej niż 100 metrów od miejsca, gdzie nagrania się rozpoczęły – i tu nie chodziło już o „komfort transportowy”.

E: Podczas prac nad „Metafiction” mieliście trochę problemów w studiu. Jak było tym razem?

Z.S.: Jestem człowiekiem, który lubi wyzwania. Natomiast są momenty, w których nie da się po prostu zastąpić „Huston mamy problem” żadnym innym „wyzwaniowym” sformułowaniem. Jednym z takich bardziej intensywnych była na przykład chwila, gdy dowiedzieliśmy się, że w stole, na którym miały być robione finalne miksy – całkowicie gotowego już materiału – zdechł niewielki, makabrycznie drogi komponent, który zastopował produkcję krążka o kilka miesięcy. Nie dało się materiału wyciągnąć, przenieść, przyśpieszyć. Pamiętam nasze miny, kiedy po raz pierwszy usłyszeliśmy, co się stało i jakie to będzie miało konsekwencje. To był już wtedy kolejny z takich „Huston” momentów, a my mieliśmy na głowie coraz więcej siwych włosów. Teraz wolę nawet o tym nie specjalnie wspominać. Płyta jest w sprzedaży, my z nią sporo koncertujemy, jest dobrze.

E: Nie zmieniliście również producenta. Piotr Zygo to człowiek, który czuje wasze pomysły, wasz styl, wie, jaki chcecie osiągnąć efekt?

Z.S.: Piotr jest gościem, który zna swój sprzęt, a ja mam poczucie, że czynnik ludzki jest niesamowicie ważny w kontekście technologii. Mieć do dyspozycji sprzęt to jedna rzecz. Mieć kogoś, kto wie, jak z niego wyciągnąć to, co najlepsze, to zupełnie inna sprawa. W końcu dobrnęliśmy więc do tego miejsca, gdzie wszystko zaśpiewało tak jak powinno.

E: Kuba Sokólski to kolejna osoba, z którą kontynuujecie współpracę. Ponownie to on odpowiada za projekt graficzny albumu.

Z.S.: Wygląda na to, że mamy naprawdę zgrany team pod tym względem. Kuba jest mistrzem odczytywania, „o co tak naprawdę nam chodzi” z grafikami. Wystarczy mu kilka zdań, krótki opis tego, co jest na płycie grane, kilka próbek muzycznych i wypluwa z siebie dokładnie to, czego albumowi trzeba. To niezły dar. Wróżę mu wielką przyszłość. Zależy mi na tym, żeby ze współpracy z nami powstały jeszcze kolejne bardzo fajne okładki.

E: Nie zmieniliście również wytwórni – „Harvest Moon” podobnie jak „Metafiction” – ukazało się nakładem Mystic Production. Jak widać, dużo znajomych osób i miejsc, pojawiło się podczas tworzenia waszej najnowszej płyty Nie powiedziałbym jednak, że płyta jest taką prostą kontynuacją swojej poprzedniczki. Ciekaw jestem jak ty widzisz ten – nomen omen – progres w odniesieniu do waszego kolejnego wydawnictwa?

Z.S.: Zarówno „Metafiction” jak i „Harvest Moon” są pod opieką Mystic Production. Naszemu kolejnemu krążkowi również będą matkowali. „Harvest Moon” jest kontynuacją naszej stylistyki, ale nie jest tematycznie powiązany z naszymi poprzednimi płytami. Gdzieś czuję, że słuchając tego „da radę usłyszeć, co lubimy”.

E: Album zbiera pozytywne opinie recenzentów, zarówno w Polsce jak i za granicą. Spodziewaliście się tak dobrego przyjęcia?

Z.S.: „Time Must Have a Stop”, a później „Metafiction” przyzwyczaiły nas do tego, że recenzenci dobrze traktują naszą muzykę. Zarówno pierwsza, jak i druga płyta zbierały niezłe noty, a jedyne miejsca, które podchodziły do krążków z dystansem to serwisy i prasa poświęcone prawdziwie brutalnemu graniu spod znaku black i death metalu, co akurat mnie nie dziwi, a sam fakt, że w ogóle chcieli coś pisać o tych płytkach odbieram za dobry omen. Natomiast to, co się dzieje przy „Harvest Moon” zdecydowanie przerosło moje oczekiwania. Zabrzmi to nieskromnie, ale z tego, co widzę, recenzje albumu są lepsze niż po prostu dobre i lepsze niż w przypadku dwóch poprzednich krążków. Zarówno zachód, wschód, południe – nie było jeszcze zbyt wielu recenzji z północy, więc nie mogę tego potraktować, jako zasady – czy rodzime media, naprawdę szanują tę płytę, a i odzew od ludzi, którzy nas słuchają, co jest dla mnie jedną z najistotniejszych rzeczy, jest fenomenalny. Padło sporo pochwał i to akurat jest rzecz, która bardzo nas napędza do dalszego działania.

E: Zaraz po premierze zagraliście kilkanaście koncertów. Jak nowy materiał jest przyjmowany przez słuchaczy?

Z.S.: Bardzo entuzjastycznie. Dzięki temu, że mamy do dyspozycji materiał z trzech płyt, który jest w dodatku bardzo różnorodny – od utworów balladowych, jak „Bruises” czy „Falling Dream”, przez dynamiczniejsze, jak „The Pun” lub „Steps In the Gloom” do rockowo-metalowych petard jak „Cobwebs” czy „Dead Ringer” – możemy się wsłuchać w vox populi i dobrać set do oczekiwań publiczności. W trakcie koncertów staramy się jednak skupiać na promowaniu nowego materiału z kilkoma elementami z poprzednich krążków, by pokazać, w co wlewaliśmy naszą krew przez kilka ostatnich miesięcy.

E: Kwietniowa odsłona koncertowa, kończąca się udziałem w Warsaw Prog Days, to na razie finał waszych występów na żywo? Macie jakieś zagraniczne plany koncertowe?

Z.S.: Mamy. Jesteśmy w trakcie rozmów z różnymi „stronami trzecimi”, które będą nas potencjalnie wspierać w fazie ekspansji, a w chwili obecnej zajmujemy się dużą ilością planowania. Tego typu rzeczy nie należy robić pochopnie, ale Votum jest już na odpowiednim poziomie swojego rozwoju. Często zdarzają się rozmowy z agencjami bookingowymi z zagranicy, z których płyną do nas bardzo pozytywne sygnały. Z polskich brzmień w okolicach naszego gatunku jesteśmy razem z Tides From Nebula i Riverside praktycznie najsilniejszą i najbardziej rozpoznawalną marką. To powoduje, że mam bardzo dobre przeczucia odnośnie tej inicjatywy.

E: Na koniec chciałem ci pogratulować tego wydawnictwa i życzyć ci, ale i sobie, krótszego czasu oczekiwania na kolejną płytę.

Z.S.: Tego i sobie życzę. Gotowałem się w środku, kiedy miałem cały album w wersjach w połowie miksów i przed masterem i czekałem, aż wszystko się odblokuje i wreszcie i ja, i nasi fani, będziemy mogli usłyszeć, jak całość będzie brzmiała w finalnej formie. Z mojej perspektywy jednak było, na co czekać.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s