Recenzja Blackfield „Blackfield IV” (2013)


blackfield_4-coverTo się musiało kiedyś wydarzyć… Zawsze ceniłem Blackfield za specyficzne, zdystansowane podejście do rocka progresywnego czy raczej popu progresywnego. Lubiłem to ich połączenie znakomitych melodii z wyrazistymi, a niekiedy wręcz obrazoburczymi, tekstami. Ceniłem współpracę pomiędzy boskim Stevenem, a chropowatym Avivem. Wilson wnosił do tego duetu genialne kompozycje, świetne aranżacje i perfekcyjną produkcję, a Geffen… Cóż, może najważniejsze co wnosił izraelski kompan Stevena, to ten rodzaju otwartości i luzu, który pozwalał temu drugiemu przenieść się do krainy swobody i łagodności, utworów krótkich czy też nieprzesadnie rozbudowanych, opartych na schemacie zwrotka-refren-zwrotka-refren? Pierwsza ich płyta była znakomita. Druga nie ustępowała jej ani na milimetr. Trzecia, choć niektórzy wieszali na niej psy, była moim zdaniem najbardziej dojrzała. Czwarta… to już tylko ich cień.

„Blackfield IV” powstawała w nowej formule. Aviv Geffen jest autorem utworów i udziela się wokalnie, a Stevenowi Wilsonowi przypadł w udziale miks oraz rola zaledwie gitarzysty i wokalisty. I to niestety słychać. Większość utworów jest po prostu nudna, uproszczona do granic możliwości i pozbawiona tego wdzięku, który na poprzednich płytach wywoływał ekscytację, a na koncerty Blackfield nie tylko w Polsce ściągał tłumy. Klasycznym przykładem może tu być finałowa miniaturka „After The Rain”. Niemal półtorej minuty błahej muzyki okraszonej tekstem o… niczym. Desperacką próbą przywoływania duchów z przeszłości jest również „Faking”. Jakże proroczy tytuł ma ta piosenka… Niestety większość płyty wypełniają odarte z ‘blackfieldowego’ uroku koszmarki w stylu „Sense Of Insanity” czy „Lost Souls”.

Czwartej płycie Blackfield nie byli w stanie pomóc nawet goście. Najlepiej zaprezentował się Vincent Cavanagh (Anathema) w balladowym „X-Ray”. Jonathan Donahue (Mercury Rev) i jego „The Only Fool Is Me” to niecałe dwie minuty zachowawczego akustycznego gitarowego grania, które nic nie wnosi do tego albumu. A zaproszenia Bretta Andersona ze Suede do wykonania „Firefly” nie da się określić inaczej, jak tylko pomyłką.

Świetna kompozycja otwierająca album, zatytułowana „Pills”, oraz przypominający o najlepszych czasach tego zespołu „Jupiter” (zgadnijcie kto wiedzie prym w tym utworze?) ze znakomitym teledyskiem, nie są również w stanie uratować tej płyty.

Na koniec jedno zdanie odrębne. A właściwie dwa. Po pierwsze, jeśli Blackfield wyruszy w trasę i zawita do Polski, z pewnością pojawię się na ich koncercie. A po drugie, jeśli cała muzyka pop miałaby wyglądać tak, jak album „Blackfield IV”, biorę taki układ w ciemno. Najnowsza płyta Blackfield mnie nie przekonuje, bo wobec tego zespołu, w dowolnej konfiguracji personalnej, mam po prostu większe oczekiwania.

Editor

Ocena: 4/10

Blackfield „Blackfield IV” (2013)
Skład: Aviv Geffen – voc, g, piano, Steven Wilson – voc, g; gościnnie: Brett Anderson – voc, Jonathan Donahue – voc, Vincent Cavanagh – voc.
Wydawca: Kscope

Tracklista:
1. Pills /3:34/
2. Springtime /2:24/
3. XRay (feat. Vincent Cavanagh) /2:37/
4. Sense Of Insanity /3:24/
5. Firefly (feat. Brett Anderson) /2:47/
6. The Only Fool Is Me (feat. Jonathan Donahue) /1:54/
7. Jupiter /3:46/
8. Kissed By The Devil /3:03/
9. Lost Souls /2:57/
10. Faking /3:33/
11. After The Rain /1:26/

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s