Relacja Warsaw Prog Days – Progresja, Warszawa, 25-26.10.2013


WarsawProgDaysKolejną edycję Warsaw Prog Days rozpoczął koncert formacji Lilith. Dla mnie była to pierwsza okazja zobaczyć ich na żywo i cieszę się, że miałem ku temu okazję. Lilith to zespół bardzo świadomy tego, w którym miejscu był sześć lat temu, kiedy ukazywał się ich debiutancki krążek, w którym jest obecnie (ich drugi album miał swoją premierę 24 października), a także tego dokąd zmierza. Poznaniacy zaprezentowali materiał ze wspomnianej najnowszej płyty „Alter Ego”, który wypadł niezwykle dojrzale i przekonująco. Udało im się zainteresować publiczność, rozgrzać przed występem gwiazdy wieczoru, a na koniec zaprosić przed samą scenę i wciągnąć do zabawy. Minusy? Po pierwsze brzmienie perkusji. Nie ma w tym winy zespołu, ale płaskie, jakby wydobywające się z kartonowego pudła dźwięki, odbierały miejscami przyjemność słuchania. Po drugie, klawiszowe dłużyzny we wstępach kilku utworów. Wspomniane „dłużyzny” stają się oczywiste jeśli uświadomimy sobie, że Lilith to formacja założona przez klawiszowca. Na płycie mają one postać pięknych intro. Na koncercie powinny być jednak inaczej zaaranżowane lub sprytniej wpisane w program koncertu, ponieważ pięciu członków zespołu przyglądających się bezczynnie przez kilka minut poczynaniom klawiszowca po prostu nie wygląda najlepiej na scenie. Lilith ma jednak jedną zaletę, o której nie wypada nie wspomnieć. Mam oczywiście na myśli zjawiskową, dysponującą mocnym, ciekawym wokalem Agnieszkę Stanisz. To ona spowodowała, że minusy występu stały się malutkie, to ona zogniskowała na sobie całą uwagę i ciekawość publiczności. Brawo! A jeśli komuś było mało, 31 października Lilith pojawią się w Warszawie ponownie i zagrają podczas gotyckiego Halloween w Klubie Remont.

Gwiazdą pierwszego dnia Warsaw Prog Days byli Brytyjczycy z Galahad. Nagrywają już od ponad 20 lat, ale pokazali, że ciągle lubią to, co robią, nie brak im energii i – na pewno w Polsce – mają swoją publiczność. Ja z wielką przyjemnością po raz kolejny obejrzałem występ Stuarta Nicholsona z ekipą. Szczególnie ucieszyłem się słysząc na żywo brawurowe wykonanie „Empires Never Last”, „Sleepers”, „Guardian Angel” czy „This Life Could Be My Last”. Galahad nie zawiedli, potrafili zarazić energią i pokazać, że progresywne granie można połączyć z dużą ilością elektroniki i stworzyć świetne, melodyjne kompozycje. Pierwszy dzień Warsaw Prog Days zakończył się więc bardzo udanie i z wielkimi nadziejami oczekiwaliśmy, co przyniesie dzień drugi.

A drugi dzień Warsaw Prog Days otworzyła Soma White. Hania Żmuda et consortes już po raz drugi występują w Progresji w przeciągu miesiąca. I bardzo mnie to cieszy. I chciałbym więcej. Tak jak i przed Leprous, tak i tym razem wypadli znakomicie i zgadzam się z opinią konferansjera, że o Soma White jeszcze będzie głośno zarówno na polskich, jak i zagranicznych scenach. To im się po prostu należy za ambitny repertuar, znakomity front i całościowy pomysł na artystyczny wizerunek. Mam nadzieję, do zobaczenia i usłyszenia wkrótce.

Na finał tego dnia i całej odsłony Warsaw Prog Days czekał na nas crème de la crème – Collage. Ich występ był zmaterializowaniem się pogłosek o powrocie i planach nagrania nowej płyty. Ze sceny można było usłyszeć właściwie wszystko to, co Collage ma w swoim repertuarze najlepszego. „Baśnie”, „Living In The Moonlight”, „Safe”, a na bis „War Is Over”. Odżyły piękne wspomnienia, które – jak jeszcze wydawało się niedawno – miały na zawsze pozostać tylko w sferze marzeń. Sami sobie to poniekąd wyśpiewali kiedyś w słowach „Baśni” –  nigdy nie mów nigdy i czekaj na znak. I doczekaliśmy się. Progresja zgromadziła wielu fanów i przyjaciół zespołu. W klubie pojawili się m. in. Piotr Grudziński, Michał Łapaj i Piotr Kozieradzki (Riverside), Małgorzata Kościelniak, Vlodi Tafel (Believe) i Marta Kniewska (Travellers). Koncert i reaktywacja Collage były więc z pewnością wydarzeniami o dużym wymiarze towarzyskim i emocjonalnym. Szkoda, że nie stały się również wydarzeniami o charakterze artystycznym. A wszystko to za sprawą Karola Wróblewskiego, obecnego wokalisty Collage, który wyraźnie otrzymał tę posadę na wyrost. Nie udało mu się uchwycić absolutnie unikalnego charakteru tych kompozycji. Karol Wróblewski nie dysponuje ani delikatnością i wyczuciem Roberta Amiriana, ani wrażliwością Tomka Różyckiego. Większość partii oryginalnych utworów Collage została zakrzyczana, a utwór zaczerpnięty z repertuaru Johna Lennona wręcz zmasakrowany. Ktoś ze starszych kolegów powinien również powiedzieć wokaliście, że bycie frontmanem nie polega na bieganiu po scenie od brzegu do brzegu lub chowaniu się w cieniu za plecami kolegów. Szkoda, wielka szkoda. Z ostateczną oceną nowego Collage wstrzymam się do wydania przez nich nowej płyty, a na razie ciesząc się z reaktywacji, mam jednocześnie nadzieję na – nomen omen – zmiany, zmiany (można nucić na melodię „Midnight Flyer”).

Editor

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s